Alzacja to nie jest chyba najbardziej typowy francuski region, o ile o takim można mówić w kraju w którym jak mawiał De Gaulle jest tak wiele gatunków sera.
Nazwy francuskie mieszają się tu z niemieckimi, podobnie jak kuchnia czy architektura. Katedry i kościoły są gotyckie i romańskie. Po obu stronach granicy równie piękne z kolorowymi witrażami. Zamki też są trochę francuskie, trochę niemieckie, podobnie jak inne fortyfikacje wznoszone na krawędzi Wogezów lub niżej w dolinie Renu.
Nie zawsze było tu sielsko i spokojnie. Ślady wielkiej wojny oglądaliśmy na górze Hartmannwillerskopf/Vieil Armand na której znajduje się olbrzymi cmentarz z I wojny światowej. Przynajmniej do 1945 roku był to teren sporny.
Ludzie mówią jednak raczej po francusku, swoisty język alzacki zauważyłem tylko na niektórych tabliczkach z nazwami miejscowości. W hipermarketach królują zdecydowanie wiktuały francuskie, z akcentem na wyroby regionalne, czego przejawem są choćby półki z wyselekcjonowanym winem alzackim ułożonym według szczepów winogron: Riesling, Sylvaner, Pinot Blanc, Pinot Noir, Pinot Gris, Gewurztraminer, itp.
Alzacja to kraj wina i bocianów, które pojawiają się na łąkach, w parkach, na dachach domów a nawet na wieżach kościelnych. Ich wizerunki znajdują się także na rozmaitych ozdobach i lokalnych pamiątkach do spółki z regionalnym strojem alzackim rozsławionym przez rysownika o nazwisku Hansi oraz preclami (bretzel) - przysmakami ze Strasburga czy Colmaru.
Krajobrazy w Alzacji układają się pasami od pociętej kanałami doliny Renu, przez łąki i sztucznie nawadniane pola uprawne na nizinie tzw. Grand Ried oraz podgórską strefę winnic po lasy na stokach Wogezów i położone wyżej górskie hale tzw. hautes chaumes. Największe miasta koncentrują się na nizinie, ale w pobliżu ujścia dolin. Od północy Strasburg, Selestat, Colmar i Miluza.
Łączy je wygodna i co najważniejsze bezpłatna autostrada. Inne mniejsze miasteczka leżą tuż pod samymi górami i są kwintesencją "alzackości" z kolorowymi domkami z pruskiego muru i ulicami pełnymi kwiatów. Obernai, Ribeauville, Riquewihr to tylko najbardziej znane z nich.
Leżą na turystycznej trasie samochodowej zwanej szlakiem winnym. Przejechaliśmy duża część tej trasy i praktycznie każde miasteczko jest tu warte odwiedzenia.
Teraz myślę, że trzeba było odwiedzić także i te mniej uczęszczane. Klimatyczny i praktycznie pusty jest np. Dambach-la-Ville, który przejechaliśmy wieczorem wracając z Obernai.
Te wakacje spędziliśmy więc na pograniczu z bazą noclegową położoną jakieś 100 km od Renu w pięknej zielonej górskiej dolinie Val de Argent w środkowych Wogezach. Wejścia do niej strzegą 2 zamki: Ortenbourg i Ramstein, dziś spektakularne ruiny - nieco głębiej mijamy natomiast charakterystyczny trójgarbny masyw ze szczytami Frankenbourg, Rocher de Coucou i Chalmont.
Ten widok towarzyszył nam praktycznie codziennie i wbrew pozorom był dość "karpacki". Choć na dzień dobry powitała nas podwójna tęcza to później była już "lampa" z temperaturami, które w rekordowym dniu dobiegły do 38 stopni C. Było sucho, ale znośnie ze względu na towarzyszący prawie stale chłodny wiaterek.
Najdłuższa trasa dzienna na miejscu nie przekroczyła 300 km i prowadziła do szwajcarskiej Bazylei - w tym dniu odwiedziliśmy także trójstyk granic zlokalizowany w pobliżu mostu łączącego niemiecki Weil am Rhein i francuskie Saint Louis.
Ren przekraczaliśmy także w pierwszym i ostatnim dniu pobytu. Najpierw trochę z konieczności omijając strefę ekologiczną Strasburga (odpowiednią winietkę można zamówić tylko online, więc zaparkowaliśmy "po sąsiedzku" w niemieckim Kehlu dalej korzystając z komunikacji publicznej). Potem rozmyślnie odwiedzając niemiecki Freiburg (który notabene też ma swoją strefę ekologiczną, więc do centrum trzeba podjechać tramwajem z parkingu P+R na peryferiach miasta).
W innym dniu przejechaliśmy górską trasę Route des Cretes prowadzącą wzdłuż najwyższego pasma Wogezów z Uffholtz do Sainte Marie aux Mines.
Były też inne wycieczki do różnych ciekawych zakątków Alzacji. W trakcie przejazdu odwiedziliśmy ponadto niemieckie miasta Rothenburg ob der Tauber i Amberg (a o dwóch przystankach w Czechach napiszę już osobno).

Forum "Turystycznie" - najciekawsze forum turystyczne w sieci! Już od ponad 15 lat!
Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Regulamin forum
Prosimy o zachowanie następującego schematu w tytule relacji:
Kraj: dokładny cel wycieczki (data wycieczki)
Przykład:
Austria: Salzburg (15.07.2020)
Prosimy o zachowanie następującego schematu w tytule relacji:
Kraj: dokładny cel wycieczki (data wycieczki)
Przykład:
Austria: Salzburg (15.07.2020)
Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Zapowiada się ciekawa relacja. 
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Po drodze:
Rothenburg ob der Tauber
Przedsmak Alzacji. Podobna architektura z pruskiego muru, tylko trochę mniej kolorowa niż dalej we Francji. I trochę mniej kwiatów na balkonach. Rothenburg to chyba najbardziej znane niemieckie miasteczko na tzw. szlaku romantycznym biegnącym przez północną Bawarię czyli tzw. Frankonię i łaczącym Wurzburg z Fussen. Stare miasto rozłożyło się na skalnym wzgórzu ponad rzeką Tauber. Jako że nie jest to wielkie miasteczko i żaden ośrodek przemysłowy to miało szczęście uniknąć alianckich bombardowań w czasie II wojny światowej. Ocalała więc cała średniowieczna starówka oraz pełny obwód miejskich murów. Są one atrakcją samą w sobie. Można po prostu obejść miasto trasą biegnącą po miejskich murach i przez kolejne baszty i bramy. Wykorzystaliśmy ten szlak tylko na pewnych odcinkach. Na południu w tzw. bastionie szpitalnym chodnik jest na tyle szeroki, że można było na wieżę wjechać konno. Nieco dalej w kierunku miasta jest emblematyczne skrzyżowanie dwóch dróg zwane Ploenlein i ozdobione wysoką bramą. W miejscu tym kręcono sceny do disneyowskiego filmu o Pinokiu. Zresztą Disney wzorował się często na architekturze niemieckiej, choćby wznosząc swój słynny zamek podobny do Neuschwanstein. Dzisiaj pajacyka Pinokia wyparły z miasta misie Teddy. Duży sklep z pluszakami, a także mówiącymi papugami znajduje się na rogu rynku. Anonsuje go miś stojący na balkonie i wypuszczający bańki mydlane. Do rynku weszliśmy wzdłuż Rodergasse i Hafengasse uliczek przedzielonych jeszcze jedną wewnętrzną bramą zwaną Markusturm. Wszystko są to ślady starszej lokacji miasta, kiedy obwód murów był znacznie mniejszy. Na rynku stoi biały ratusz z wysoką wieżą. Na jej szczycie jest płatna platforma widokowa, ale rzut oka na ekspozycję sprawił, że nie wchodziliśmy aby nie dostać zawrotów głowy. Panoramę miasta obejrzeliśmy z muru miejskiego (trochę zakłóconą wysokim dźwigiem) oraz klasycznie z parku zamkowego. Stamtąd widać przede wszystkim wysokie wieże przy murach oraz zielony wąwóz Tauberu ponad którym rozsiadły się winnice. W dole jest stary kamienny most i zabytkowa kaplica. Jeden kościół niestety zamknięty, drugi płatny ze względu na ołtarz św Krwi autorstwa Tilmana Riemenschneidera. Weszliśmy tylko do kaplicy zamkowej - jedynej pozostałości dawnej budowli na zachodnim ryglu miasta tuż nad zakolem Tauberu. Gdyby stał Rothenburg przypominałby trochę hiszpańską Segovię. Dziś na tarasie rozciąga się park z klimatycznymi posągami wyobrażającymi pory roku oraz czynności gospodarskie. Trasa spaceru około 2 godzinna. Parking płatny na południe od starówki. Miasto bardzo przyjemne. Poleciłbym jeszcze Muzeum Średniowiecznej Kryminalistyki. Nie jest tanie ale już na zewnątrz zobaczyć można ciekawe eksponaty.
Amberg
To wschodniobawarskie miasto odwiedziliśmy późnym popołudniem wracając z Francji na nocleg w kierunku czeskiej granicy. Miła przechadzka w porze nazywanej złotą godziną, czyli przed zachodem słońca. O ile Rothenburg jest gotycki, o tyle Amberg znacznie bardziej barokowy. Najklimatyczniejszą częścią miasta jest pasaż którym wśród starych budynków przepływa przez miasto rzeka Vils. Szliśmy pod prąd. Po południowej stronie rzeka pokonuje dawne obwarowania pod oryginalną bramą wodną zwaną Stadtbrille. Korytarzem wewnątrz można się było dawniej dostać z arsenału do pałacu kurfirstów. Dalej Vils płynie tuż pod kościołem farnym św. Marcina. Przez rzekę przerzucono kilka mostków, przy czym dwa z nich to drewniane zadaszone kładki tylko dla pieszych. Na wodzie pływała rodzinka łabędzi. Mały w środku pilnowany przez rodziców. Ze względu na późną porę nie wstąpiliśmy do Luftmuseum placówki poświęconej powietrzu w różnych aspektach: chemii, energetyki, środków transportu itp. Na rynku stoi okazały ratusz z kolorowym zegarem oraz ciekawa fontanna upamiętniająca niesamowicie wystawne wesele wydane dla księżnej Małgorzaty Bawarskiej i elektora Palatynatu Filipa. Poszliśmy też do prawobrzeżnej dzielnicy miasta. Przez kilka malowniczych placów doszliśmy do klasztoru Kawalerów Maltańskich z dużym ogrodem, jeszcze większym gmachem adaptowanym na uczelnię, kościołem i biblioteką państwową. W podwórzu koło ogrodu miejscowy zespół orkiestrowy ćwiczył sobie bawarskie melodie. Nie był to żaden koncert. Miejsce raczej ukryte a widownia jedynie przypadkowa. Ale ten klimat XIX-wiecznej Bawarii, barona Munchhausena gdzieś tam się unosił. Spacer około 1.30 h. Ze względu na późną porę nie byliśmy na wzgórzu Mariahilfberg z górującym nad miastem kościołem pielgrzymkowym. Parking (o tej godzinie już bezpłatny) znajduje się na południe od starówki przy aquaparku i centrum kongresowym.
Rothenburg ob der Tauber
Przedsmak Alzacji. Podobna architektura z pruskiego muru, tylko trochę mniej kolorowa niż dalej we Francji. I trochę mniej kwiatów na balkonach. Rothenburg to chyba najbardziej znane niemieckie miasteczko na tzw. szlaku romantycznym biegnącym przez północną Bawarię czyli tzw. Frankonię i łaczącym Wurzburg z Fussen. Stare miasto rozłożyło się na skalnym wzgórzu ponad rzeką Tauber. Jako że nie jest to wielkie miasteczko i żaden ośrodek przemysłowy to miało szczęście uniknąć alianckich bombardowań w czasie II wojny światowej. Ocalała więc cała średniowieczna starówka oraz pełny obwód miejskich murów. Są one atrakcją samą w sobie. Można po prostu obejść miasto trasą biegnącą po miejskich murach i przez kolejne baszty i bramy. Wykorzystaliśmy ten szlak tylko na pewnych odcinkach. Na południu w tzw. bastionie szpitalnym chodnik jest na tyle szeroki, że można było na wieżę wjechać konno. Nieco dalej w kierunku miasta jest emblematyczne skrzyżowanie dwóch dróg zwane Ploenlein i ozdobione wysoką bramą. W miejscu tym kręcono sceny do disneyowskiego filmu o Pinokiu. Zresztą Disney wzorował się często na architekturze niemieckiej, choćby wznosząc swój słynny zamek podobny do Neuschwanstein. Dzisiaj pajacyka Pinokia wyparły z miasta misie Teddy. Duży sklep z pluszakami, a także mówiącymi papugami znajduje się na rogu rynku. Anonsuje go miś stojący na balkonie i wypuszczający bańki mydlane. Do rynku weszliśmy wzdłuż Rodergasse i Hafengasse uliczek przedzielonych jeszcze jedną wewnętrzną bramą zwaną Markusturm. Wszystko są to ślady starszej lokacji miasta, kiedy obwód murów był znacznie mniejszy. Na rynku stoi biały ratusz z wysoką wieżą. Na jej szczycie jest płatna platforma widokowa, ale rzut oka na ekspozycję sprawił, że nie wchodziliśmy aby nie dostać zawrotów głowy. Panoramę miasta obejrzeliśmy z muru miejskiego (trochę zakłóconą wysokim dźwigiem) oraz klasycznie z parku zamkowego. Stamtąd widać przede wszystkim wysokie wieże przy murach oraz zielony wąwóz Tauberu ponad którym rozsiadły się winnice. W dole jest stary kamienny most i zabytkowa kaplica. Jeden kościół niestety zamknięty, drugi płatny ze względu na ołtarz św Krwi autorstwa Tilmana Riemenschneidera. Weszliśmy tylko do kaplicy zamkowej - jedynej pozostałości dawnej budowli na zachodnim ryglu miasta tuż nad zakolem Tauberu. Gdyby stał Rothenburg przypominałby trochę hiszpańską Segovię. Dziś na tarasie rozciąga się park z klimatycznymi posągami wyobrażającymi pory roku oraz czynności gospodarskie. Trasa spaceru około 2 godzinna. Parking płatny na południe od starówki. Miasto bardzo przyjemne. Poleciłbym jeszcze Muzeum Średniowiecznej Kryminalistyki. Nie jest tanie ale już na zewnątrz zobaczyć można ciekawe eksponaty.
Amberg
To wschodniobawarskie miasto odwiedziliśmy późnym popołudniem wracając z Francji na nocleg w kierunku czeskiej granicy. Miła przechadzka w porze nazywanej złotą godziną, czyli przed zachodem słońca. O ile Rothenburg jest gotycki, o tyle Amberg znacznie bardziej barokowy. Najklimatyczniejszą częścią miasta jest pasaż którym wśród starych budynków przepływa przez miasto rzeka Vils. Szliśmy pod prąd. Po południowej stronie rzeka pokonuje dawne obwarowania pod oryginalną bramą wodną zwaną Stadtbrille. Korytarzem wewnątrz można się było dawniej dostać z arsenału do pałacu kurfirstów. Dalej Vils płynie tuż pod kościołem farnym św. Marcina. Przez rzekę przerzucono kilka mostków, przy czym dwa z nich to drewniane zadaszone kładki tylko dla pieszych. Na wodzie pływała rodzinka łabędzi. Mały w środku pilnowany przez rodziców. Ze względu na późną porę nie wstąpiliśmy do Luftmuseum placówki poświęconej powietrzu w różnych aspektach: chemii, energetyki, środków transportu itp. Na rynku stoi okazały ratusz z kolorowym zegarem oraz ciekawa fontanna upamiętniająca niesamowicie wystawne wesele wydane dla księżnej Małgorzaty Bawarskiej i elektora Palatynatu Filipa. Poszliśmy też do prawobrzeżnej dzielnicy miasta. Przez kilka malowniczych placów doszliśmy do klasztoru Kawalerów Maltańskich z dużym ogrodem, jeszcze większym gmachem adaptowanym na uczelnię, kościołem i biblioteką państwową. W podwórzu koło ogrodu miejscowy zespół orkiestrowy ćwiczył sobie bawarskie melodie. Nie był to żaden koncert. Miejsce raczej ukryte a widownia jedynie przypadkowa. Ale ten klimat XIX-wiecznej Bawarii, barona Munchhausena gdzieś tam się unosił. Spacer około 1.30 h. Ze względu na późną porę nie byliśmy na wzgórzu Mariahilfberg z górującym nad miastem kościołem pielgrzymkowym. Parking (o tej godzinie już bezpłatny) znajduje się na południe od starówki przy aquaparku i centrum kongresowym.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Językoznawców zainteresuje to rzadkie „ob” w nazwie miasteczka. „Ob” to skrót od „oberhalb”, czyli w pełnej nazwie „ob der Tauber” to: powyżej rzeki Tauber/ponad rzeką Tauber.
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Strasburg
Strasburg to bez wątpienia największe miasto Alzacji, siedziba władz departamentu Bas-Rhin, ale także jedna ze stolic Europy. Sama nazwa miasta wskazuje, że zawsze było to skrzyżowanie dróg. Tyle że do Strasburga wjechać obecnie nie tak łatwo, ponieważ wymaga to wcześniejszego wykupienia winietki na strefę ekologiczną. We Francji, także w Niemczech, we Włoszech takie strefy to już standard. Wydaje mi się, że nie tędy droga, bo system myt i ceł przez kilkaset lat skutecznie hamował rozwój ziem niemieckich. Sytuacja jest taka, że każde większe miasto ma swoją osobną winietkę, więc pobiera sobie indywidualnie opłaty od samochodu, parkingu, autostrady. Ileż jeszcze można. Raczej należałoby naciskać na badania dotyczące czystych technologii, tylko że wtedy trzeba by było podcinać gałęzie wielkim koncernom, które przecież żyją ze sprzedaży paliw kopalnych. Tak więc albo to wreszcie przewartościujemy, albo szlag nas trafi, bo stajemy się coraz mniej konkurencyjni w stosunku do Azji czy Ameryki. Zaparkowaliśmy za darmo w niemieckim Kehlu przy dworcu kolejowym tuż za mostem na Renie, skąd do Strasburga kursuje tramwaj. Bilet 24-godzinny dla trzech osób tzw. TRIO 24 kosztuje 6,90 EURO. Co ciekawe bilet/kartę trzeba kasować za każdym razem gdy wsiadamy do tramwaju lub autobusu na przystanku, bądź w terminalu obok kierowcy. Inna sprawa, że z Kehlu nie wyjechaliśmy do Strasburga tramwajem, bo była jakaś awaria na tej linii i nic nie wskazywało, że to szybko ruszy. Zamiast tego przeszliśmy przez Ren kładką prowadzącą przez ogród Deux Rives. To nowy graniczny park mający na celu połączyć dwa miasta w jednej aglomeracji. Zresztą nic specjalnego. Sam Kehl też nie jest jakoś specjalnie ciekawy. Willa na brzegu Renu i meczet blisko parkingu - to jedyne co zwróciło moją uwagę. Do centrum Strasburga pojechaliśmy ostatecznie autobusem już z francuskiego brzegu.
Starówka Strasburga zajmuje wyspę Grand Ile położoną w ramionach rzeki Ill. Węzeł wodny najlepiej podziwiać z tamy zaprojektowanej przez Vaubana w końcu XVII wieku. W tym miejscu Ill rozdziela się na 5 ramion. Część z nich łączy się ze sobą zasilając młynówki. Przez warowny most Pont Couverts zmierzamy do najładniejszej dzielnicy Strasburga zwanej Małą Francją. Kiedyś był to kwartał garbarzy, ale też siedziba lupanarów i rozmaitych przybytków uciech stąd dość przekorna nazwa. Dzisiaj krajobraz "wenecki" ściąga w to miejsce rzesze turystów. Sercem dzielnicy jest nadbrzeżny plac Benjamina Zixa zajęty przez stoliki restauracyjne. Stąd groblą i pomostem przejść można wzdłuż kanałów młyńskich w kierunku mostu zlokalizowanego w miejscu gdzie odnogi Illu się łączą. Pierwszy kościół na trasie pod wezwaniem św. Tomasza zadziwia pomnikiem nagrobnym marszałka Maurycego de Saxe. Główną atrakcją Strasburga jest jednak katedra Panny Marii. Najwyższy kościół średniowiecza zdetronizowany dopiero w 1874 roku przez kościół św Mikołaja w Hamburgu. Najlepsza perspektywa na katedrę jest od strony Placu Gutenberga wzdłuż uliczki zwanej Rue Merciere. Tuż pod katedrą jest studnia z pitną wodą. Warto też zwrócić uwagę na filar przylegający do jednego z domów. Wg legendy był to test dla budowniczych katedry. Musieli być na tyle szczupli aby zmieścić się pomiędzy filarem a ścianą. Piwne brzuszki nie przeszły. Fakt, wejście na taras widokowy wymaga pewnej kondycji, chociaż zlokalizowany jest po niższej stronie na nieukończonej wieży. Z tarasu mamy doskonały widok na Strasburg i jego otoczenie. Z jednej strony Wogezy, z drugiej Schwarzwald. I brązowe dachy miasta z dużą liczbą świetlików. Zejście drugą stroną pod najwyższą wieżą. Rozczarowuje tylko trochę bo Notre Dame de Strasbourg z tej strony nie ma żadnych gotyckich zdobień, rzeźb, maszkaronów, które są tak fotogeniczne w innych francuskich katedrach. Taras widokowy jest płatny, natomiast wejście do samej katedry darmowe - trzeba tylko przejść kontrolę bezpieczeństwa. Wewnątrz podziwiać można witraże, gotyckie ołtarze i wystawę rzeźb. Najciekawsza jest prawa nawa przy końcu której mieści się tzw. kolumna aniołów oraz wielki zegar astronomiczny. Jest tu polski akcent - portret Kopernika na bocznym panelu. Przy placu katedralnym znajduje się pałac książąt i biskupów Rohan obecnie mieszczący kilka strasburskich muzeów. Do nich nie wchodziliśmy - przeszliśmy wzdłuż średniowiecznego ogrodu na nabrzeża Illu. Przy dawnym targu rybnym rośnie kilka starych platanów. Obecnie z nabrzeża kursują łodzie wycieczkowe pływające po kanałach Strasburga tzw. Batorama. Byłby to jakiś sposób na zwiedzenie miasta, zwłaszcza z kartą Pass de Alsace, ale postanowiliśmy ją wykorzystać w innym dniu i w innych miejscach. Kilka innych ciekawych placów to Place Gutenberg ze staroświecką karuzelą i pomnikiem wynalazcy druku, który wiele lat w Strasburgu mieszkał. Place Marche Gayot z typowo francuskimi kafejkami - miejsce spotkań mieszkańców Strasburga. Oraz ruchliwy Place Kleber - obecne centrum miasta z ciekawym budynkiem galerii handlowej. Nie poszliśmy już do Aubette, dawnego budynku koszarowego dziś znanego z sali kawiarnianej wyposażonej przez XX-wiecznych projektantów na czele z Hansem Arpem i Theo van Doesburgiem. Z tutejszej okrągłej "stajni jednorożców" pojechaliśmy tramwajem do dzielnicy europejskiej, zahaczając po drodze o nowe miasto zbudowane w czasie gdy Strasburg był pod władaniem Niemiec. Parlament Europejski wygląda trochę jakby był w stałej przebudowie. Wycieczkę do wewnątrz trzeba by było wcześniej zamówić. Obeszliśmy go tylko dookoła udając się do ostatniego miejsca wielkiego parku Orangerie ze zwierzyńcem, łąkami piknikowymi i dużymi klombami różanymi. Na parę miejsc zabrakło już czasu. Strasburg z pewnością wart jest odwiedzenia, ale to dopiero wstęp do prowincjonalnej sielskiej Alzacji. Jak każde duże miasto ma swoje blaski i cienie. Polski słyszy się tutaj całkiem często. Nie tylko turyści, ale zwykli mieszkańcy okazują się być czasem Polakami, jak choćby pewien pan na wózku czekający na przystanku autobusowym.
Strasburg to bez wątpienia największe miasto Alzacji, siedziba władz departamentu Bas-Rhin, ale także jedna ze stolic Europy. Sama nazwa miasta wskazuje, że zawsze było to skrzyżowanie dróg. Tyle że do Strasburga wjechać obecnie nie tak łatwo, ponieważ wymaga to wcześniejszego wykupienia winietki na strefę ekologiczną. We Francji, także w Niemczech, we Włoszech takie strefy to już standard. Wydaje mi się, że nie tędy droga, bo system myt i ceł przez kilkaset lat skutecznie hamował rozwój ziem niemieckich. Sytuacja jest taka, że każde większe miasto ma swoją osobną winietkę, więc pobiera sobie indywidualnie opłaty od samochodu, parkingu, autostrady. Ileż jeszcze można. Raczej należałoby naciskać na badania dotyczące czystych technologii, tylko że wtedy trzeba by było podcinać gałęzie wielkim koncernom, które przecież żyją ze sprzedaży paliw kopalnych. Tak więc albo to wreszcie przewartościujemy, albo szlag nas trafi, bo stajemy się coraz mniej konkurencyjni w stosunku do Azji czy Ameryki. Zaparkowaliśmy za darmo w niemieckim Kehlu przy dworcu kolejowym tuż za mostem na Renie, skąd do Strasburga kursuje tramwaj. Bilet 24-godzinny dla trzech osób tzw. TRIO 24 kosztuje 6,90 EURO. Co ciekawe bilet/kartę trzeba kasować za każdym razem gdy wsiadamy do tramwaju lub autobusu na przystanku, bądź w terminalu obok kierowcy. Inna sprawa, że z Kehlu nie wyjechaliśmy do Strasburga tramwajem, bo była jakaś awaria na tej linii i nic nie wskazywało, że to szybko ruszy. Zamiast tego przeszliśmy przez Ren kładką prowadzącą przez ogród Deux Rives. To nowy graniczny park mający na celu połączyć dwa miasta w jednej aglomeracji. Zresztą nic specjalnego. Sam Kehl też nie jest jakoś specjalnie ciekawy. Willa na brzegu Renu i meczet blisko parkingu - to jedyne co zwróciło moją uwagę. Do centrum Strasburga pojechaliśmy ostatecznie autobusem już z francuskiego brzegu.
Starówka Strasburga zajmuje wyspę Grand Ile położoną w ramionach rzeki Ill. Węzeł wodny najlepiej podziwiać z tamy zaprojektowanej przez Vaubana w końcu XVII wieku. W tym miejscu Ill rozdziela się na 5 ramion. Część z nich łączy się ze sobą zasilając młynówki. Przez warowny most Pont Couverts zmierzamy do najładniejszej dzielnicy Strasburga zwanej Małą Francją. Kiedyś był to kwartał garbarzy, ale też siedziba lupanarów i rozmaitych przybytków uciech stąd dość przekorna nazwa. Dzisiaj krajobraz "wenecki" ściąga w to miejsce rzesze turystów. Sercem dzielnicy jest nadbrzeżny plac Benjamina Zixa zajęty przez stoliki restauracyjne. Stąd groblą i pomostem przejść można wzdłuż kanałów młyńskich w kierunku mostu zlokalizowanego w miejscu gdzie odnogi Illu się łączą. Pierwszy kościół na trasie pod wezwaniem św. Tomasza zadziwia pomnikiem nagrobnym marszałka Maurycego de Saxe. Główną atrakcją Strasburga jest jednak katedra Panny Marii. Najwyższy kościół średniowiecza zdetronizowany dopiero w 1874 roku przez kościół św Mikołaja w Hamburgu. Najlepsza perspektywa na katedrę jest od strony Placu Gutenberga wzdłuż uliczki zwanej Rue Merciere. Tuż pod katedrą jest studnia z pitną wodą. Warto też zwrócić uwagę na filar przylegający do jednego z domów. Wg legendy był to test dla budowniczych katedry. Musieli być na tyle szczupli aby zmieścić się pomiędzy filarem a ścianą. Piwne brzuszki nie przeszły. Fakt, wejście na taras widokowy wymaga pewnej kondycji, chociaż zlokalizowany jest po niższej stronie na nieukończonej wieży. Z tarasu mamy doskonały widok na Strasburg i jego otoczenie. Z jednej strony Wogezy, z drugiej Schwarzwald. I brązowe dachy miasta z dużą liczbą świetlików. Zejście drugą stroną pod najwyższą wieżą. Rozczarowuje tylko trochę bo Notre Dame de Strasbourg z tej strony nie ma żadnych gotyckich zdobień, rzeźb, maszkaronów, które są tak fotogeniczne w innych francuskich katedrach. Taras widokowy jest płatny, natomiast wejście do samej katedry darmowe - trzeba tylko przejść kontrolę bezpieczeństwa. Wewnątrz podziwiać można witraże, gotyckie ołtarze i wystawę rzeźb. Najciekawsza jest prawa nawa przy końcu której mieści się tzw. kolumna aniołów oraz wielki zegar astronomiczny. Jest tu polski akcent - portret Kopernika na bocznym panelu. Przy placu katedralnym znajduje się pałac książąt i biskupów Rohan obecnie mieszczący kilka strasburskich muzeów. Do nich nie wchodziliśmy - przeszliśmy wzdłuż średniowiecznego ogrodu na nabrzeża Illu. Przy dawnym targu rybnym rośnie kilka starych platanów. Obecnie z nabrzeża kursują łodzie wycieczkowe pływające po kanałach Strasburga tzw. Batorama. Byłby to jakiś sposób na zwiedzenie miasta, zwłaszcza z kartą Pass de Alsace, ale postanowiliśmy ją wykorzystać w innym dniu i w innych miejscach. Kilka innych ciekawych placów to Place Gutenberg ze staroświecką karuzelą i pomnikiem wynalazcy druku, który wiele lat w Strasburgu mieszkał. Place Marche Gayot z typowo francuskimi kafejkami - miejsce spotkań mieszkańców Strasburga. Oraz ruchliwy Place Kleber - obecne centrum miasta z ciekawym budynkiem galerii handlowej. Nie poszliśmy już do Aubette, dawnego budynku koszarowego dziś znanego z sali kawiarnianej wyposażonej przez XX-wiecznych projektantów na czele z Hansem Arpem i Theo van Doesburgiem. Z tutejszej okrągłej "stajni jednorożców" pojechaliśmy tramwajem do dzielnicy europejskiej, zahaczając po drodze o nowe miasto zbudowane w czasie gdy Strasburg był pod władaniem Niemiec. Parlament Europejski wygląda trochę jakby był w stałej przebudowie. Wycieczkę do wewnątrz trzeba by było wcześniej zamówić. Obeszliśmy go tylko dookoła udając się do ostatniego miejsca wielkiego parku Orangerie ze zwierzyńcem, łąkami piknikowymi i dużymi klombami różanymi. Na parę miejsc zabrakło już czasu. Strasburg z pewnością wart jest odwiedzenia, ale to dopiero wstęp do prowincjonalnej sielskiej Alzacji. Jak każde duże miasto ma swoje blaski i cienie. Polski słyszy się tutaj całkiem często. Nie tylko turyści, ale zwykli mieszkańcy okazują się być czasem Polakami, jak choćby pewien pan na wózku czekający na przystanku autobusowym.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
- petruss1990
- Ekspert
- Posty: 1263
- Rejestracja: 15 maja 2011, o 16:58
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Super wyjazd; masa zwiedzania i super pogoda. Jak Est że zwiedzaniem współczesnych fortyfikacji. Można samemu, z przewodnikiem, czy może czeka nas eksploracja...
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Tam fortyfikacji jest pełno. Nie wiem które uważasz za współczesne. W bunkrze linii Maginota akurat nie byliśmy. Nie jest ich znowu tak wiele zaadaptowanych do zwiedzania. Byliśmy w Neuf-Brisach, czyli jednej z cytadel zaprojektowanych przez Vaubana. Dziś to niewielkie miasteczko. Zamków średniowiecznych na skłonie Wogezów jest mnóstwo. Część dostępna za opłatą - można dojechać samochodem, część dostępna szlakami - niektóre ruiny chyba zwiedza się na swoje ryzyko, bo grożą zawaleniem. Najstarszy jest tzw. Mur Pogański (Mur Paien) na Górze św Otylii. Widzieliśmy tylko fragment przy samym klasztorze, ale wzdłuż niego można pochodzić ładne parę kilometrów.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
- petruss1990
- Ekspert
- Posty: 1263
- Rejestracja: 15 maja 2011, o 16:58
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
O Maginota głównie chodziło, ale inne też. Dzięki za info.
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Colmar
Colmar to miasto z " najbardziej alzacką duszą", bo Strasburg ze względu na swoje funkcje jest jednak bardziej kosmopolityczny. To przede wszystkim ośrodek sztuki, co widać w muzeach i na ulicach. Mimo że jedynie 60-tysięczny to jednak chlubi się kilkoma atrakcjami o znaczeniu ponadregionalnym. W Colmarze urodził się Fryderyk August Bartholdi - rzeźbiarz znany jako autor nowojorskiej Statuy Wolności, która była prezentem dla Amerykanów z okazji stulecia niepodległości Stanów Zjednoczonych. Na rondzie na przedmieściu Colmaru ustawiono replikę słynnego posągu. Jest ona trochę mniejsza od oryginału. Tuż obok znajduje się lotnisko sportowe. Kilka razy przejeżdżając autostradą widzieliśmy w tym miejscu lądujących paralotniarzy. Drugą znaną atrakcją Colmaru jest Muzeum Sztuki Unterlinden zlokalizowane w dawnym klasztorze w centrum miasta.
Wewnątrz klasztoru znajduje się przepiękny wirydarz z cienistym sadem jabłkowym w którym można odpocząć po zwiedzaniu.
Sam obiekt jest całkiem duży i oprócz krużganka obejmuje też nowe skrzydło. Prowadzi do niego tunel przebiegający pod skanalizowaną odnogą rzeki Lauch. Kolekcja malarstwa jest całkiem ciekawa jak na było nie było prowincjonalne miasto francuskie. Mamy trochę perełek starodawnej sztuki nadreńskiej. Najbardziej znany jest Ołtarz z Isenheim mistrza Nittharta zwanego Grunewaldem. Tych kilka obrazów namalowanych dla XVI-wiecznego leprozorium zadziwia zmiennością nastroju. Niemiecki gotyk rywalizuje tu z włoskim renesansem. W głównej scenie ekspresyjne Ukrzyżowanie z ciałem Chrystusa pełnym wrzodów i ran w przedśmiertnych konwulsjach na krzyżu oraz bladą jak ściana mdlejącą Matką Boską podtrzymywaną przez apostoła Jana. Nikt przedtem i potem tak nie "masakrował" Chrystusa jak Matthis Nitthart. Na lewym skrzydle poprzebijany strzałami Św. Sebastian namalowany został jednak w manierze włoskiej nakazującej przyjmować rany świętym męczennikom z pozaziemskim spokojem niczym jakimś fakirom niewrażliwym na ból. Na odwrocie powstało równie interesujące Zmartwychwstanie z Chrystusem w wielkiej żarzącej się kuli plazmy. Chyba najlepszy w dziejach sztuki pomysł na ukazanie tego fenomenu. I jeszcze wizje Kuszenia św. Antoniego z dziwacznymi potworami atakującymi nobliwego starca. Prawie jak w horrorze gore. Do tego w innej sali obejrzeć można kilka ciekawych obrazów Lucasa Cranacha w tym symboliczną Melancholię - obraz prawie surrealistyczny, choć malowany w XVI wieku. Kolekcja jest oczywiście szersza, ukazuje eksponaty z czasów rzymskich, frankijskich a także malarstwo nowożytne i współczesne. Jest nawet replika Guerniki Picassa. W jednej z sal zaaranżowana została piwniczka z winem, ponieważ Colmar to nieformalna stolica wina alzackiego. Miasto ma szczęście do dzieł sztuki. W miejscowym kościele franciszkanów przechowywany jest inny piękny obraz Madonna w krzewie różanym Martina Schongauera kolejnego znanego malarza nadreńskiego z przełomu XV i XVI wieku. Dlatego wstęp do tego miejsca jest płatny, czego nie można powiedzieć o kolegiacie św Marcina, czyli głównej świątyni miasta pozbawionej jednak we wnętrzu tak szczególnych atrakcji. Warto na pewno spojrzeć na jej wieżę na której zawieszono ciekawy kalendarz słoneczny wskazujący miesiące roku. Schongauer urodził się w Colmarze dwie przecznice od kolegiaty w pobliżu domu z pruskiego muru znanego jako Maison Pfister. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych kamienic. Inną jest Maison des Tetes upstrzony rzeźbami rozmaitych fantastycznych głów. Jest też wiele innych ciekawych kolorowych alzackich domów, a w nich oryginalne sklepy z rozmaitym asortymentem. Najciekawsze kwartały starówki znajdują się na wschód od głównej ulicy zwanej Grand Rue. Z placu z zabytkową fontanną Schwendi wchodzimy w uliczkę Garbarzy dziwnie opustoszałą, ale bardzo klimatyczną. Dalej znajduje się dzielnica zwana Mała Wenecją. Po rzece Lauch pływają tam tradycyjne płaskodenne łódki. Od krytej hali targowej przejść można na Quai de la Poissonerie dawne nabrzeże, gdzie prosto z łodzi sprzedawano świeżo złowione ryby. Potem można pokręcić się po kolejnych zaułkach położonych bliżej lub dalej od wody. Obejrzeć też inne monumentalne budowle i muzea. Muzeum Hansi i Muzeum Zabawek były na potencjalnej liście atrakcji Pass de Alsace. Rozważałem wizytę, ale wybraliśmy jednak inny zestaw. Parkingi w centrum Colmaru są płatne. My wybraliśmy ten przy multikinie bo był w miarę tani. Natomiast parkomat nie sczytywał karty więc stały przed nim kolejki poszukujących drobnych monet którymi można by było zapłacić za postój.
Colmar to miasto z " najbardziej alzacką duszą", bo Strasburg ze względu na swoje funkcje jest jednak bardziej kosmopolityczny. To przede wszystkim ośrodek sztuki, co widać w muzeach i na ulicach. Mimo że jedynie 60-tysięczny to jednak chlubi się kilkoma atrakcjami o znaczeniu ponadregionalnym. W Colmarze urodził się Fryderyk August Bartholdi - rzeźbiarz znany jako autor nowojorskiej Statuy Wolności, która była prezentem dla Amerykanów z okazji stulecia niepodległości Stanów Zjednoczonych. Na rondzie na przedmieściu Colmaru ustawiono replikę słynnego posągu. Jest ona trochę mniejsza od oryginału. Tuż obok znajduje się lotnisko sportowe. Kilka razy przejeżdżając autostradą widzieliśmy w tym miejscu lądujących paralotniarzy. Drugą znaną atrakcją Colmaru jest Muzeum Sztuki Unterlinden zlokalizowane w dawnym klasztorze w centrum miasta.
Wewnątrz klasztoru znajduje się przepiękny wirydarz z cienistym sadem jabłkowym w którym można odpocząć po zwiedzaniu.
Sam obiekt jest całkiem duży i oprócz krużganka obejmuje też nowe skrzydło. Prowadzi do niego tunel przebiegający pod skanalizowaną odnogą rzeki Lauch. Kolekcja malarstwa jest całkiem ciekawa jak na było nie było prowincjonalne miasto francuskie. Mamy trochę perełek starodawnej sztuki nadreńskiej. Najbardziej znany jest Ołtarz z Isenheim mistrza Nittharta zwanego Grunewaldem. Tych kilka obrazów namalowanych dla XVI-wiecznego leprozorium zadziwia zmiennością nastroju. Niemiecki gotyk rywalizuje tu z włoskim renesansem. W głównej scenie ekspresyjne Ukrzyżowanie z ciałem Chrystusa pełnym wrzodów i ran w przedśmiertnych konwulsjach na krzyżu oraz bladą jak ściana mdlejącą Matką Boską podtrzymywaną przez apostoła Jana. Nikt przedtem i potem tak nie "masakrował" Chrystusa jak Matthis Nitthart. Na lewym skrzydle poprzebijany strzałami Św. Sebastian namalowany został jednak w manierze włoskiej nakazującej przyjmować rany świętym męczennikom z pozaziemskim spokojem niczym jakimś fakirom niewrażliwym na ból. Na odwrocie powstało równie interesujące Zmartwychwstanie z Chrystusem w wielkiej żarzącej się kuli plazmy. Chyba najlepszy w dziejach sztuki pomysł na ukazanie tego fenomenu. I jeszcze wizje Kuszenia św. Antoniego z dziwacznymi potworami atakującymi nobliwego starca. Prawie jak w horrorze gore. Do tego w innej sali obejrzeć można kilka ciekawych obrazów Lucasa Cranacha w tym symboliczną Melancholię - obraz prawie surrealistyczny, choć malowany w XVI wieku. Kolekcja jest oczywiście szersza, ukazuje eksponaty z czasów rzymskich, frankijskich a także malarstwo nowożytne i współczesne. Jest nawet replika Guerniki Picassa. W jednej z sal zaaranżowana została piwniczka z winem, ponieważ Colmar to nieformalna stolica wina alzackiego. Miasto ma szczęście do dzieł sztuki. W miejscowym kościele franciszkanów przechowywany jest inny piękny obraz Madonna w krzewie różanym Martina Schongauera kolejnego znanego malarza nadreńskiego z przełomu XV i XVI wieku. Dlatego wstęp do tego miejsca jest płatny, czego nie można powiedzieć o kolegiacie św Marcina, czyli głównej świątyni miasta pozbawionej jednak we wnętrzu tak szczególnych atrakcji. Warto na pewno spojrzeć na jej wieżę na której zawieszono ciekawy kalendarz słoneczny wskazujący miesiące roku. Schongauer urodził się w Colmarze dwie przecznice od kolegiaty w pobliżu domu z pruskiego muru znanego jako Maison Pfister. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych kamienic. Inną jest Maison des Tetes upstrzony rzeźbami rozmaitych fantastycznych głów. Jest też wiele innych ciekawych kolorowych alzackich domów, a w nich oryginalne sklepy z rozmaitym asortymentem. Najciekawsze kwartały starówki znajdują się na wschód od głównej ulicy zwanej Grand Rue. Z placu z zabytkową fontanną Schwendi wchodzimy w uliczkę Garbarzy dziwnie opustoszałą, ale bardzo klimatyczną. Dalej znajduje się dzielnica zwana Mała Wenecją. Po rzece Lauch pływają tam tradycyjne płaskodenne łódki. Od krytej hali targowej przejść można na Quai de la Poissonerie dawne nabrzeże, gdzie prosto z łodzi sprzedawano świeżo złowione ryby. Potem można pokręcić się po kolejnych zaułkach położonych bliżej lub dalej od wody. Obejrzeć też inne monumentalne budowle i muzea. Muzeum Hansi i Muzeum Zabawek były na potencjalnej liście atrakcji Pass de Alsace. Rozważałem wizytę, ale wybraliśmy jednak inny zestaw. Parkingi w centrum Colmaru są płatne. My wybraliśmy ten przy multikinie bo był w miarę tani. Natomiast parkomat nie sczytywał karty więc stały przed nim kolejki poszukujących drobnych monet którymi można by było zapłacić za postój.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Miluza
Centrum miasta nie zwiedzaliśmy. Miluza ma starówkę z ładnym ratuszem i neogotyckim kościołem, ale zasadniczo to XIX-wieczne miasto przemysłowe. Królował tu przemysł tekstylny i jej kariera przypomina trochę polską Łódź. Miluza nie ma we Francji zbyt dobrej reputacji. Tak jak w Polsce o Wąchocku, tak we Francji o Miluzie opowiada się obciachowe dowcipy. Ale trzeba przyznać, że posiada wspaniałe muzea dla których warto tu przyjechać bardziej niż dla samej przechadzki krajoznawczej. Obejrzeliśmy tylko 2 największe, ale jest jeszcze m.in. Elektropolis, Muzeum Tapet i Ściennych Dekoracji czy doskonały ogród zoologiczny chlubiący się m.in. posiadaniem misiów panda. Warto tu chyba przyjechać w czasie Nocy Muzeów. Najpierw Muzeum Samochodów czyli Cite de Automobile albo Collection Schlumpf. Ekspozycja zajmuje halę dawnej fabryki braci Schlumpf. Obecnie jest znacjonalizowana, ale stworzona została przez przemysłowców - właścicieli zakładu. Ich hobby były stare samochody. Uwielbiali zwłaszcza markę Bugatti. To co udało się im zakupić z początku gromadzili na terenie fabryki, trochę w tajemnicy przed otoczeniem. Kiedy przyszedł kryzys i fabrykę zamknięto pozostał problem kolekcji. Państwo francuskie aby uniknąć jej zniszczenia objęło nad nią mecenat. Jest to jedna z największych kolekcji samochodów na świecie. Liczy ponad 400 egzemplarzy i co najważniejsze jest reprezentatywna, bo są tu pierwsze samochody, czyli bryczki bez koni jak i bliskie naszym czasom pojazdy Formuły 1. Jeden nawet był kierowany przez Roberta Kubicę. Główna kolekcja ułożona została chronologicznie, oprócz tego oddzielne pomieszczenie zajmują bolidy wyścigowe. Jest tu np. dziwny samochód-czołg, który na owe czasy osiągnął zawrotną prędkość 220 km/h. Prócz tego kolejne modele wyścigówek Bugatti z lat międzywojennych. Osobny dział to samochody luksusowe: limuzyny i wozy dyplomatyczne w stylu retro. Zajmują specjalną subtelnie oświetloną przestrzeń. Lampy przypominają te które iluminowały Most Aleksandra III w Paryżu. Piękne samochody w tym dwa należące do przemysłowca Ettore Bugattiego. Wiele modeli przypomina te znane z popularnej gry Mafia. Na pewno są tzw. Bolty, ale rozpoznaję jeszcze kilka innych modeli których nazw w grze już zapomniałem. W kolekcji znajduje się także popularny Trabant, klasyczne modele Citroena, Peugeota czy Volkswagena. Aut francuskich jest najwięcej, ale znajdują się także inne marki typu Mercedes, Ford czy Rolls Royce. Na tablicach przedstawione są życiorysy znanych producentów samochodów np. Benza, Daimlera, Renaulta czy Peugeota. Warto zauważyć, że pod Miluzą do dziś znajdują się duże zakłady Peugeota. Na sali zaprezentowano też nowy model Bugatti Veyron. Maszyna kosztuje bagatelka 1300000 Euro. Obok prezentacja robotów instalujących akcesoria samochodowe. Częścią wystawy jest także kolekcja figurek znajdujących się na maskach starych samochodów. Po muzeum kursuje specjalny elektryczny autobusik, szkoda tylko że bardzo rzadko i nie zabiera zbyt wielu pasażerów. Na zewnątrz znajduje się tor samochodowy, gdzie można pokierować wybranym samochodem. Tyle że kosztuje to jedyne 60 Euro. Muzeum jest olbrzymie, ale liczy się nie tylko autentyczność lecz także otoczka. Dźwięki, zapachy, dodatkowe gadżety. Drugą atrakcją Miluzy jest Cite du Train, czyli olbrzymia kolekcja związana z kolejnictwem. W pierwszym hangarze są wystawy tematyczne wprowadzające w nastrój kolei. Część dotyczy np. roli tego środka transportu w czasie wojny. Jest przewrócona lokomotywa, jest wagon zablokowany przez śnieżne zaspy. Do niektórych wagonów można wsiąść a nawet się rozsiąść. Jest tu m.in. stary tramwaj paryski oraz wagony orient expressu. Są też wagony III i IV klasy co wg naszych standardów wydaje się być dość egzotyczne. Zwiedzaniu towarzyszą odpowiednie odgłosy, zaaranżowane dialogi pomiędzy postaciami w wagonach i lokomotywach a nawet zapachy z okolic torów. W drugim hangarze mamy kolekcję lokomotyw i wagonów w układzie historycznym. Od jednej ze starszych maszyn zaprojektowanych jeszcze przez George'a Stephensona po nowoczesną kolej szybkiej prędkości. Ale jest też sporo animacji: prezentacja kotła parowego czy silnika elektrowozu, możliwość przejścia pod kołami lokomotywy, pulpit nowoczesnej TGV, itp. itd. Na części wystawy prezentowane są francuskie plakaty kolejowe reklamujące np. rozmaite atrakcje wakacyjne dostępne koleją. Jest też dział modelarski z trasami kolejek, choć może nie tak drobiazgowo zaaranżowanymi jak na wystawach poświęconych tylko temu tematowi, choćby we wrocławskim Kolejkowo. Atrakcją jest także minipociąg kursujący po wystawie z większą częstotliwością niż ten w Cite de Automobile, choć i tutaj chętnych jest dużo. Krystian z Iloną się przejechali, ja zrezygnowałem - szkoda było tracić samej wystawy. Część ekspozycji znajduje się też na zewnątrz: mała stacja kolejowa, trochę wagonów, zwrotnica obrotowa. Bufet wewnątrz muzeum jest zaaranżowany na podobieństwo typowej dworcowej restauracji. Na zwiedzenie obu muzeów trzeba przeznaczyć przynajmniej pół dnia, w sumie można się tam szwendać jeszcze dłużej. Obiekty nie tanie, ale warte swojej ceny. Przy muzeum samochodów jest parking formalnie płatny, aczkolwiek w tym dniu okazało się że jednak darmowy, przy muzeum kolei parking jest na 100% bezpłatny.
Centrum miasta nie zwiedzaliśmy. Miluza ma starówkę z ładnym ratuszem i neogotyckim kościołem, ale zasadniczo to XIX-wieczne miasto przemysłowe. Królował tu przemysł tekstylny i jej kariera przypomina trochę polską Łódź. Miluza nie ma we Francji zbyt dobrej reputacji. Tak jak w Polsce o Wąchocku, tak we Francji o Miluzie opowiada się obciachowe dowcipy. Ale trzeba przyznać, że posiada wspaniałe muzea dla których warto tu przyjechać bardziej niż dla samej przechadzki krajoznawczej. Obejrzeliśmy tylko 2 największe, ale jest jeszcze m.in. Elektropolis, Muzeum Tapet i Ściennych Dekoracji czy doskonały ogród zoologiczny chlubiący się m.in. posiadaniem misiów panda. Warto tu chyba przyjechać w czasie Nocy Muzeów. Najpierw Muzeum Samochodów czyli Cite de Automobile albo Collection Schlumpf. Ekspozycja zajmuje halę dawnej fabryki braci Schlumpf. Obecnie jest znacjonalizowana, ale stworzona została przez przemysłowców - właścicieli zakładu. Ich hobby były stare samochody. Uwielbiali zwłaszcza markę Bugatti. To co udało się im zakupić z początku gromadzili na terenie fabryki, trochę w tajemnicy przed otoczeniem. Kiedy przyszedł kryzys i fabrykę zamknięto pozostał problem kolekcji. Państwo francuskie aby uniknąć jej zniszczenia objęło nad nią mecenat. Jest to jedna z największych kolekcji samochodów na świecie. Liczy ponad 400 egzemplarzy i co najważniejsze jest reprezentatywna, bo są tu pierwsze samochody, czyli bryczki bez koni jak i bliskie naszym czasom pojazdy Formuły 1. Jeden nawet był kierowany przez Roberta Kubicę. Główna kolekcja ułożona została chronologicznie, oprócz tego oddzielne pomieszczenie zajmują bolidy wyścigowe. Jest tu np. dziwny samochód-czołg, który na owe czasy osiągnął zawrotną prędkość 220 km/h. Prócz tego kolejne modele wyścigówek Bugatti z lat międzywojennych. Osobny dział to samochody luksusowe: limuzyny i wozy dyplomatyczne w stylu retro. Zajmują specjalną subtelnie oświetloną przestrzeń. Lampy przypominają te które iluminowały Most Aleksandra III w Paryżu. Piękne samochody w tym dwa należące do przemysłowca Ettore Bugattiego. Wiele modeli przypomina te znane z popularnej gry Mafia. Na pewno są tzw. Bolty, ale rozpoznaję jeszcze kilka innych modeli których nazw w grze już zapomniałem. W kolekcji znajduje się także popularny Trabant, klasyczne modele Citroena, Peugeota czy Volkswagena. Aut francuskich jest najwięcej, ale znajdują się także inne marki typu Mercedes, Ford czy Rolls Royce. Na tablicach przedstawione są życiorysy znanych producentów samochodów np. Benza, Daimlera, Renaulta czy Peugeota. Warto zauważyć, że pod Miluzą do dziś znajdują się duże zakłady Peugeota. Na sali zaprezentowano też nowy model Bugatti Veyron. Maszyna kosztuje bagatelka 1300000 Euro. Obok prezentacja robotów instalujących akcesoria samochodowe. Częścią wystawy jest także kolekcja figurek znajdujących się na maskach starych samochodów. Po muzeum kursuje specjalny elektryczny autobusik, szkoda tylko że bardzo rzadko i nie zabiera zbyt wielu pasażerów. Na zewnątrz znajduje się tor samochodowy, gdzie można pokierować wybranym samochodem. Tyle że kosztuje to jedyne 60 Euro. Muzeum jest olbrzymie, ale liczy się nie tylko autentyczność lecz także otoczka. Dźwięki, zapachy, dodatkowe gadżety. Drugą atrakcją Miluzy jest Cite du Train, czyli olbrzymia kolekcja związana z kolejnictwem. W pierwszym hangarze są wystawy tematyczne wprowadzające w nastrój kolei. Część dotyczy np. roli tego środka transportu w czasie wojny. Jest przewrócona lokomotywa, jest wagon zablokowany przez śnieżne zaspy. Do niektórych wagonów można wsiąść a nawet się rozsiąść. Jest tu m.in. stary tramwaj paryski oraz wagony orient expressu. Są też wagony III i IV klasy co wg naszych standardów wydaje się być dość egzotyczne. Zwiedzaniu towarzyszą odpowiednie odgłosy, zaaranżowane dialogi pomiędzy postaciami w wagonach i lokomotywach a nawet zapachy z okolic torów. W drugim hangarze mamy kolekcję lokomotyw i wagonów w układzie historycznym. Od jednej ze starszych maszyn zaprojektowanych jeszcze przez George'a Stephensona po nowoczesną kolej szybkiej prędkości. Ale jest też sporo animacji: prezentacja kotła parowego czy silnika elektrowozu, możliwość przejścia pod kołami lokomotywy, pulpit nowoczesnej TGV, itp. itd. Na części wystawy prezentowane są francuskie plakaty kolejowe reklamujące np. rozmaite atrakcje wakacyjne dostępne koleją. Jest też dział modelarski z trasami kolejek, choć może nie tak drobiazgowo zaaranżowanymi jak na wystawach poświęconych tylko temu tematowi, choćby we wrocławskim Kolejkowo. Atrakcją jest także minipociąg kursujący po wystawie z większą częstotliwością niż ten w Cite de Automobile, choć i tutaj chętnych jest dużo. Krystian z Iloną się przejechali, ja zrezygnowałem - szkoda było tracić samej wystawy. Część ekspozycji znajduje się też na zewnątrz: mała stacja kolejowa, trochę wagonów, zwrotnica obrotowa. Bufet wewnątrz muzeum jest zaaranżowany na podobieństwo typowej dworcowej restauracji. Na zwiedzenie obu muzeów trzeba przeznaczyć przynajmniej pół dnia, w sumie można się tam szwendać jeszcze dłużej. Obiekty nie tanie, ale warte swojej ceny. Przy muzeum samochodów jest parking formalnie płatny, aczkolwiek w tym dniu okazało się że jednak darmowy, przy muzeum kolei parking jest na 100% bezpłatny.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Selestat
Najmniejsze z głównych miast Alzacji leży na równinie nadreńskiej tuż przy końcu Val de Argent, czyli jakieś 15 km od naszej bazy noclegowej. Ma interesującą starówkę, chociaż jak na standardy Francji chyba po prostu "normalną". Z pewnością najcenniejszym obiektem jest Biblioteka Humanistyczna - kolekcja starych druków, którą przekazał miastu Beatus Rhenanus. Humanista, wydawca Tacyta i Tytusa Liwiusza, współpracownik Erazma z Rotterdamu. Dzięki jego donacji zbiór książek przetrwał do dzisiejszych czasów a porównywalne zbiory Erazma uległy rozproszeniu. W kolekcji jest około 550 inkunabułów w tym pochodzący z VII w. n.e. lekcjonarz merowiński. Biblioteka od 1889 roku mieści się w dawnej hali targowej. Muzeum jest dość interaktywne. Poza wystawą starych książek i map obejrzymy makietę starego Selestatu. W sąsiedztwie jest Odyssey - animacja oparta na lekturach książkowych przenosząca zwiedzającego w świat wirtualny za pomocą czterowymiarowych okularów. Narracja snuje też rozmaite opowieści o książce. Wkładając np. drewnianą płytę do panelu możemy posłuchać niestworzonych historii o rozmaitych potworach i bestiach znanych w Europie w XVI wieku. Jest nawet opowieść o jakimś dziwnym stworze z Krakowa (bynajmniej nie smoku wawelskim). Można również wydrukować sobie zakładkę z własnym imieniem uprzednio układając stare czcionki na wirtualnej maszynie drukarskiej. Oprócz wystawy placówka funkcjonuje podobnie jak każda biblioteka tzn. można przyjść i zamówić książkę do czytelni. W bibliotece panuje stosunkowo niska temperatura. W tym dniu były akurat rekordowe upały 38 stopni - kontrast był olbrzymi. Na starówce Selestatu są dwa duże kościoły. Gotycka fara miejska, czyli kościół św. Jerzego z remontowaną akurat wieżą.
Można powiedzieć typowa: kamienne posągi, ładne kolorowe witraże a na boku nawy stary obraz przedstawiający Ostatnią Wieczerzę. Ciekawszy jest drugi kościół dawnego opactwa Sainte Foy. Przede wszystkim jest to rzadki w Polsce przykład architektury romańskiej. I to na taką skalę z wielkim hełmem wieży nad skrzyżowaniem naw. Po bokach niepozornego ołtarza jest dość minimalistyczna nowoczesna rzeźba czy instalacja zwana Volante. Trochę nacięć w murze. Otwarta jest też krypta z grobami opatów i marmurową maską pośmiertną jakiejś kobiety. Zwana jest "Piękną nieznajomą z Selestat", chociaż czy była aż tak piękna to kwestia dyskusyjna. Inną ciekawą świątynią miasta jest ceglana synagoga. W stosunku do formy przedwojennej pozbawiona została dużej kopuły na szczycie. W trakcie spaceru minęliśmy także dwie bramy miejskie. W baszcie Tour Neuve są malowidła przedstawiające m.in. ukrzyżowanie Chrystusa oraz panoramę miasta. Przy położonej po przeciwległej stronie miasta Wieży Czarownic (Tour de la Sorcieres) stoi osobliwy pień drzewa ozdobiony kolorowymi płatkami i bibelotami przypominającymi kulturę voodoo. Tradycyjnie najbardziej stylowym fragmentem miasta okazał się kwartał garbarzy (tanneurs). Znajdują się tutaj typowe alzackie domy z pruskiego muru oraz malownicze zaułki. Ukryty wśród zabudowań tej dzielnicy znajduje się też niewielki ogród daliowy. Mimo stałego podlewania kwiaty mocno jednak tam powiędły. Susza dawała się we znaki we Francji tego lata. Chociaż fontanna na głównym miejskim placu przed ratuszem (Place des Armes) przyniosła trochę ochłody. Spoglądając w górę na bezchmurne niebo dostrzec można było bociany unoszące się nad miastem. Sporo ich było. Selestat leży w pobliżu podmokłych rozlewisk na Nizinie Alzackiej, stąd w okolice przebywa wiele ptaków. I stąd chyba pod miastem założono park tematyczny związany formalnie z bocianami, czyli Cigoland.
Najmniejsze z głównych miast Alzacji leży na równinie nadreńskiej tuż przy końcu Val de Argent, czyli jakieś 15 km od naszej bazy noclegowej. Ma interesującą starówkę, chociaż jak na standardy Francji chyba po prostu "normalną". Z pewnością najcenniejszym obiektem jest Biblioteka Humanistyczna - kolekcja starych druków, którą przekazał miastu Beatus Rhenanus. Humanista, wydawca Tacyta i Tytusa Liwiusza, współpracownik Erazma z Rotterdamu. Dzięki jego donacji zbiór książek przetrwał do dzisiejszych czasów a porównywalne zbiory Erazma uległy rozproszeniu. W kolekcji jest około 550 inkunabułów w tym pochodzący z VII w. n.e. lekcjonarz merowiński. Biblioteka od 1889 roku mieści się w dawnej hali targowej. Muzeum jest dość interaktywne. Poza wystawą starych książek i map obejrzymy makietę starego Selestatu. W sąsiedztwie jest Odyssey - animacja oparta na lekturach książkowych przenosząca zwiedzającego w świat wirtualny za pomocą czterowymiarowych okularów. Narracja snuje też rozmaite opowieści o książce. Wkładając np. drewnianą płytę do panelu możemy posłuchać niestworzonych historii o rozmaitych potworach i bestiach znanych w Europie w XVI wieku. Jest nawet opowieść o jakimś dziwnym stworze z Krakowa (bynajmniej nie smoku wawelskim). Można również wydrukować sobie zakładkę z własnym imieniem uprzednio układając stare czcionki na wirtualnej maszynie drukarskiej. Oprócz wystawy placówka funkcjonuje podobnie jak każda biblioteka tzn. można przyjść i zamówić książkę do czytelni. W bibliotece panuje stosunkowo niska temperatura. W tym dniu były akurat rekordowe upały 38 stopni - kontrast był olbrzymi. Na starówce Selestatu są dwa duże kościoły. Gotycka fara miejska, czyli kościół św. Jerzego z remontowaną akurat wieżą.
Można powiedzieć typowa: kamienne posągi, ładne kolorowe witraże a na boku nawy stary obraz przedstawiający Ostatnią Wieczerzę. Ciekawszy jest drugi kościół dawnego opactwa Sainte Foy. Przede wszystkim jest to rzadki w Polsce przykład architektury romańskiej. I to na taką skalę z wielkim hełmem wieży nad skrzyżowaniem naw. Po bokach niepozornego ołtarza jest dość minimalistyczna nowoczesna rzeźba czy instalacja zwana Volante. Trochę nacięć w murze. Otwarta jest też krypta z grobami opatów i marmurową maską pośmiertną jakiejś kobiety. Zwana jest "Piękną nieznajomą z Selestat", chociaż czy była aż tak piękna to kwestia dyskusyjna. Inną ciekawą świątynią miasta jest ceglana synagoga. W stosunku do formy przedwojennej pozbawiona została dużej kopuły na szczycie. W trakcie spaceru minęliśmy także dwie bramy miejskie. W baszcie Tour Neuve są malowidła przedstawiające m.in. ukrzyżowanie Chrystusa oraz panoramę miasta. Przy położonej po przeciwległej stronie miasta Wieży Czarownic (Tour de la Sorcieres) stoi osobliwy pień drzewa ozdobiony kolorowymi płatkami i bibelotami przypominającymi kulturę voodoo. Tradycyjnie najbardziej stylowym fragmentem miasta okazał się kwartał garbarzy (tanneurs). Znajdują się tutaj typowe alzackie domy z pruskiego muru oraz malownicze zaułki. Ukryty wśród zabudowań tej dzielnicy znajduje się też niewielki ogród daliowy. Mimo stałego podlewania kwiaty mocno jednak tam powiędły. Susza dawała się we znaki we Francji tego lata. Chociaż fontanna na głównym miejskim placu przed ratuszem (Place des Armes) przyniosła trochę ochłody. Spoglądając w górę na bezchmurne niebo dostrzec można było bociany unoszące się nad miastem. Sporo ich było. Selestat leży w pobliżu podmokłych rozlewisk na Nizinie Alzackiej, stąd w okolice przebywa wiele ptaków. I stąd chyba pod miastem założono park tematyczny związany formalnie z bocianami, czyli Cigoland.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja/Niemcy/Szwajcaria: Lato w Alzacji 2-12 sierpnia 2022
Miasteczka na szlaku winnym
Szlak ten ciągnie się przez 170 km podnóżami Wogezów od Marlenheim na północy po Thann na południu. Towarzyszy mu szeroka na kilka kilometrów strefa winnic porastająca łagodne pagórki poniżej wyższych leśnych grzbietów. Wśród winnic leżą wioski i miasteczka z charakterystycznymi brązowymi dachami. Większość z nich zachowało tradycyjną architekturę. Okna pełne są rozmaitych ozdób i kwiatów. Miejscowości są bardzo popularne wśród turystów, dość stwierdzić że Eguisheim i Kaysersberg wygrywały plebiscyt na najpopularniejsze miejsce odwiedzane przez Francuzów.
Obernai
Leży u podnóża Góry św Otylii. Miasto otoczone jest fortyfikacjami. Co najmniej w kilku miejscach jest to podwójny pas murów i baszt. Z parkingu przez furtę przedostajemy się na niewielki plac Andre Neher. W niewielkim niebieskim domku znajduje się tradycyjna alzacka cukiernia a tuż obok dawna synagoga. Idziemy w kierunku głównego placu oglądając tradycyjną architekturę i wystawy sklepowe. Na rynku stoi scena a na niej czeski (lub słowacki) zespół ćwiczy przed występem. Od razu zrobiło się bardziej słowiańsko, choć w scenerii dość egzotycznej dla słowiańszczyzny. Przy scenie stara kamienna fontanna z figurą św. Otylii. Za nią wysoka wieża tzw. beffroi które są powszechne zwłaszcza na północy Francji. Wieża stoi przy miejskim ratuszu. Przechodzimy zaułkami wokół ratusza i dalej do placu Gwiazdy na którym stoi staroświecka karuzela. Docieramy pod stojący trochę na uboczu kościół św. Piotra. To świątynia neogotycka, ale bardzo fotogeniczna zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Wygląda na to, że pełni różne funkcje, nie tylko religijne. Z tyłu w kruchcie prezentowana jest wystawa dziwnych świetlnych masek. Kameralna msza odbywa się w bocznej nawie czy kaplicy. Dojście do ołtarza w celach turystycznych nie sprawia problemu. Poniżej kościoła jest pomnik biskupa Frehela a bliżej rynku zabytkowa studnia Sześciu Wiader. Z centrum Obernai jedziemy jeszcze na widokowe wzgórze z pamiątkowym krzyżem. Roztacza się stąd widok na miasto, okoliczne góry oraz równinę Alzacji. Ribeauville
Najpiękniejszą ulicą Alzacji jest wg mojego skromnego doświadczenia Grand Rue w Ribeauville. Ulica biegnie pod górę z perspektywą zamku St Ulrich wznoszącego się na stoku nad miastem. Nie jest to zresztą jedyny zamek nad Ribeauville - kilka ruin sąsiaduje tutaj ze sobą. W dolnej części ulicy jest sporo ruchu. Zachwycają kolorowe domy i zajazdy. Sklepy z tradycyjnymi wyrobami oraz pamiątkami. Oryginalne szyldy. Jeszcze jeden pluszowy misiek wypuszczający bańki z okna. W bok biegną malownicze zaułki. Po jakimś czasie tej miejskiej przygody dochodzimy do placu ratuszowego z kamienną fontanną. Przed nami wznosi się wysoka wieża zegarowa nazwana od cechu rzeźników. Z boku przylega do niej duży kościół (po drodze minęliśmy nieco mniejszą kapliczkę). Co ciekawe dopiero za wieżą pojawia się drogowskaz wskazujący na "quartier pitturesque". Czyli do tej pory nie było malowniczo? Taka alzacka norma? Trzeba jednak przyznać, że dalej jest już tylko piękniej. Teraz już każdy dom przy ulicy zwraca uwagę. Zamek na szczycie ponownie prześwituje w osi ulicy. Ta zmienia kierunki przypominając trochę naturalny wąwóz. Przy tym robi się trochę bardziej pusto i kameralnie. Ulica przecina niewielkie place. Ten z fontanną na środku nazywa się de la Sinne. Kiedyś winiarze toczyli tu swoje beczki. Nie wszyscy już do niego docierają. Na skrzyżowaniu zbaczamy w kierunku kościołów, które znajdują się nieco wyżej po prawej stronie. Przy kościele katolickim rośnie wysokie egzotyczne drzewo: daglezja czy sekwoja? Wewnątrz kościoła mieści się duża kaplica z nowoczesną mozaiką za ołtarzem. W nawie prezentuje się wystawa dotycząca komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Obok świątyni katolickiej stoi mniejszy i bardziej ascetyczny zbór protestancki. Wracamy teraz w stronę Grand Rue mijając piękne zaułki.
Ulica kończy się na rozszerzającym się w corso Placu Republiki.
Z boku drogi płynie niżej przesklepiony potok. Z wielką przyjemnością wracamy teraz Grand Rue w odwrotnym kierunku do parkingu przy parku miejskim w dolnej części Ribeauville.
Riquewihr
Niewielkie miasteczko, które niektórzy nazywają wręcz wioską. Tuż za murami miejskimi i fosą znajdują się stoki porośnięte winoroślą. Boczne uliczki są tutaj w większości ślepe i prowadzą na obudowane domami podwórza. Czasami zdarzają się wąskie i niepozorne przejścia niczym uliczka Sznurowa w Braszowie. Ale Riquewihr posiada też wysoki dom z pruskiego muru nazywany dość przesadnie "drapaczem chmur". Dwa kościoły stoją nieco w bok od głównej drogi. Wewnątrz są znacznie mniej ciekawe niż podobne świątynie w Obernai czy Ribeauville. Co ciekawe ratusz miejski znajduje się w osi dawnego muru i przechodzimy przelotową bramą pod budynkiem. Na placu za ratuszem znajduje się fontanna oraz reprodukcja widoku Riquewihr z XV-wiecznego dzieła Mateusza Meriana. To bodaj ten sam album, w którym reprodukowano panoramę Krakowa z napisem Totus Poloniae urbs celeberrima. Po przeciwległej stronie miasta zabudowę zamyka wysoka brama miejska zwana Dolder. Wyprowadza ona na międzymurze które obecnie też zostało zabudowane kolorowymi alzackimi domkami tworząc jedyną w swoim rodzaju galerię. Wstępujemy tu do ciekawego sklepu wiedźm sprzedającego lalki czarownic z charakterystycznymi spiczastymi czapkami i nieodłącznymi miotłami. Inny ciekawy sklep kryje się w podwórzu. Właściciel zgromadził w nim pamiątki z historycznej drogi 66 przecinającej Stany Zjednoczone od Chicago do Los Angeles.
Thann
Thann leży na południowym krańcu szlaku win alzackich u podnóża masywu Grand Ballon. Z Miluzy dociera tutaj tramwaj a w zasadzie przekształcona w niego kolej miejska. Parkujemy w pobliżu baszty symbolizującej koniec szlaku winnego i zwanej Porte du Sud de La Route des Vins. Stąd już niedaleko do najważniejszego zabytku Thann - pięknej kolegiaty św Teobalda (Collegiale Saint Thibaut). Znajdują się tu relikwie biskupa Ubalda z włoskiego Gubbio. Wg legendy dotarły tutaj po jego śmierci w 1160 roku. Biskup, który rozdał cały swój majątek obiecał oddać swój złoty pierścień słudze z Lotaryngii. Pewien pielgrzym zaofiarował się go dostarczyć na miejsce. Miał problem ze zdjęciem obrączki z nabrzmiałego paliczka odciął więc palec i po kłopocie. Trofeum zawiesił na swojej lasce pielgrzymiej. Gdy przybył w okolice Thann strudzony zasnął opierając kij o pień jodły. Jakże jednak był zaskoczony, gdy po obudzeniu okazało się, że tak pozostawiona laska wrosła w drzewo i grunt stając się jego częścią. Wobec tego cudu pierścień pozostał w tym miejscu, gdzie ufundowano kościół. Na pamiątkę wydarzenia w dniu 30 czerwca na placu przed kolegiatą spalane są 3 gałązki jodłowe. Kolegiata w Thann chlubi się swoja gotycką wieżą, która jest nazywana najpiękniejszą spirą Alzacji w kontraście do najwyższej ze Strasburga i największej z Freiburga. Innym kuriozum jest piękny portal wejściowy z wielkim tympanonem posiadającym pięć rzeźbionych pasów. To rekordowa liczba jeżeli chodzi o kościoły francuskie. Inne katedry mają zazwyczaj tylko 3 albo 4. We wnętrzu kolegiaty znajdują się piękne witraże w tym jeden całkiem nowoczesny, w kaplicach bocznych misternie rzeźbione ołtarze, wspomniany relikwiarz biskupa z Gubbio oraz posąg Matki Boskiej. W dawnym arsenale mieści się miejscowe muzeum a naprzeciwko kamienna studnia z archaiczną rzeźbą. Droga prowadzi na most na rzece Thur. Domki po prawej tworzą zakątek porównywany do Wenecji. Ze starówki Thann idziemy w kierunku ruin zamku zwanego Engelbourg. To miejsce szczególne zwane "okiem czarownicy". Kiedy w XVIII wieku zdecydowano o zburzeniu starej fortecy przewrócił się donżon, tworząc dość oryginalną formację widzianą z daleka. Śmiałkowie zapewne wspinają się do otworu podobnie jak u nas do okna w Okienniku Wielkim. Jednak wejść tam bez jakiegoś ułatwienia się nie da. Spod zamku roztaczają się piękne widoki na Wogezy i Thann położone u wylotu górskiej doliny. Idziemy stąd na przeciwległy dosłoneczny stok gdzie znajduje się winnica Rangen, jedna z najbardziej znanych w Alzacji posiadające rangę Grand Cru. Ścieżka prowadzi tarasem pośród krzewów winorośli. Znajduje się tutaj niewielka kapliczka. Widoki na miasto i Wogezy. Dobrze widać stąd starą fabrykę potasu działającą przy wjeździe do miasta. Przy zakładzie roznosił się specyficzny zapach jakby farby czy detergentu. Od winnicy Rangen szlak zbiega łukiem w dół przez fragment lasu i wraca do miasta pod winnicą z widokami na nasłoneczniony stok i galerią sztuki na wolnym powietrzu.
Szlak ten ciągnie się przez 170 km podnóżami Wogezów od Marlenheim na północy po Thann na południu. Towarzyszy mu szeroka na kilka kilometrów strefa winnic porastająca łagodne pagórki poniżej wyższych leśnych grzbietów. Wśród winnic leżą wioski i miasteczka z charakterystycznymi brązowymi dachami. Większość z nich zachowało tradycyjną architekturę. Okna pełne są rozmaitych ozdób i kwiatów. Miejscowości są bardzo popularne wśród turystów, dość stwierdzić że Eguisheim i Kaysersberg wygrywały plebiscyt na najpopularniejsze miejsce odwiedzane przez Francuzów.
Obernai
Leży u podnóża Góry św Otylii. Miasto otoczone jest fortyfikacjami. Co najmniej w kilku miejscach jest to podwójny pas murów i baszt. Z parkingu przez furtę przedostajemy się na niewielki plac Andre Neher. W niewielkim niebieskim domku znajduje się tradycyjna alzacka cukiernia a tuż obok dawna synagoga. Idziemy w kierunku głównego placu oglądając tradycyjną architekturę i wystawy sklepowe. Na rynku stoi scena a na niej czeski (lub słowacki) zespół ćwiczy przed występem. Od razu zrobiło się bardziej słowiańsko, choć w scenerii dość egzotycznej dla słowiańszczyzny. Przy scenie stara kamienna fontanna z figurą św. Otylii. Za nią wysoka wieża tzw. beffroi które są powszechne zwłaszcza na północy Francji. Wieża stoi przy miejskim ratuszu. Przechodzimy zaułkami wokół ratusza i dalej do placu Gwiazdy na którym stoi staroświecka karuzela. Docieramy pod stojący trochę na uboczu kościół św. Piotra. To świątynia neogotycka, ale bardzo fotogeniczna zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Wygląda na to, że pełni różne funkcje, nie tylko religijne. Z tyłu w kruchcie prezentowana jest wystawa dziwnych świetlnych masek. Kameralna msza odbywa się w bocznej nawie czy kaplicy. Dojście do ołtarza w celach turystycznych nie sprawia problemu. Poniżej kościoła jest pomnik biskupa Frehela a bliżej rynku zabytkowa studnia Sześciu Wiader. Z centrum Obernai jedziemy jeszcze na widokowe wzgórze z pamiątkowym krzyżem. Roztacza się stąd widok na miasto, okoliczne góry oraz równinę Alzacji. Ribeauville
Najpiękniejszą ulicą Alzacji jest wg mojego skromnego doświadczenia Grand Rue w Ribeauville. Ulica biegnie pod górę z perspektywą zamku St Ulrich wznoszącego się na stoku nad miastem. Nie jest to zresztą jedyny zamek nad Ribeauville - kilka ruin sąsiaduje tutaj ze sobą. W dolnej części ulicy jest sporo ruchu. Zachwycają kolorowe domy i zajazdy. Sklepy z tradycyjnymi wyrobami oraz pamiątkami. Oryginalne szyldy. Jeszcze jeden pluszowy misiek wypuszczający bańki z okna. W bok biegną malownicze zaułki. Po jakimś czasie tej miejskiej przygody dochodzimy do placu ratuszowego z kamienną fontanną. Przed nami wznosi się wysoka wieża zegarowa nazwana od cechu rzeźników. Z boku przylega do niej duży kościół (po drodze minęliśmy nieco mniejszą kapliczkę). Co ciekawe dopiero za wieżą pojawia się drogowskaz wskazujący na "quartier pitturesque". Czyli do tej pory nie było malowniczo? Taka alzacka norma? Trzeba jednak przyznać, że dalej jest już tylko piękniej. Teraz już każdy dom przy ulicy zwraca uwagę. Zamek na szczycie ponownie prześwituje w osi ulicy. Ta zmienia kierunki przypominając trochę naturalny wąwóz. Przy tym robi się trochę bardziej pusto i kameralnie. Ulica przecina niewielkie place. Ten z fontanną na środku nazywa się de la Sinne. Kiedyś winiarze toczyli tu swoje beczki. Nie wszyscy już do niego docierają. Na skrzyżowaniu zbaczamy w kierunku kościołów, które znajdują się nieco wyżej po prawej stronie. Przy kościele katolickim rośnie wysokie egzotyczne drzewo: daglezja czy sekwoja? Wewnątrz kościoła mieści się duża kaplica z nowoczesną mozaiką za ołtarzem. W nawie prezentuje się wystawa dotycząca komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Obok świątyni katolickiej stoi mniejszy i bardziej ascetyczny zbór protestancki. Wracamy teraz w stronę Grand Rue mijając piękne zaułki.
Ulica kończy się na rozszerzającym się w corso Placu Republiki.
Z boku drogi płynie niżej przesklepiony potok. Z wielką przyjemnością wracamy teraz Grand Rue w odwrotnym kierunku do parkingu przy parku miejskim w dolnej części Ribeauville.
Riquewihr
Niewielkie miasteczko, które niektórzy nazywają wręcz wioską. Tuż za murami miejskimi i fosą znajdują się stoki porośnięte winoroślą. Boczne uliczki są tutaj w większości ślepe i prowadzą na obudowane domami podwórza. Czasami zdarzają się wąskie i niepozorne przejścia niczym uliczka Sznurowa w Braszowie. Ale Riquewihr posiada też wysoki dom z pruskiego muru nazywany dość przesadnie "drapaczem chmur". Dwa kościoły stoją nieco w bok od głównej drogi. Wewnątrz są znacznie mniej ciekawe niż podobne świątynie w Obernai czy Ribeauville. Co ciekawe ratusz miejski znajduje się w osi dawnego muru i przechodzimy przelotową bramą pod budynkiem. Na placu za ratuszem znajduje się fontanna oraz reprodukcja widoku Riquewihr z XV-wiecznego dzieła Mateusza Meriana. To bodaj ten sam album, w którym reprodukowano panoramę Krakowa z napisem Totus Poloniae urbs celeberrima. Po przeciwległej stronie miasta zabudowę zamyka wysoka brama miejska zwana Dolder. Wyprowadza ona na międzymurze które obecnie też zostało zabudowane kolorowymi alzackimi domkami tworząc jedyną w swoim rodzaju galerię. Wstępujemy tu do ciekawego sklepu wiedźm sprzedającego lalki czarownic z charakterystycznymi spiczastymi czapkami i nieodłącznymi miotłami. Inny ciekawy sklep kryje się w podwórzu. Właściciel zgromadził w nim pamiątki z historycznej drogi 66 przecinającej Stany Zjednoczone od Chicago do Los Angeles.
Thann
Thann leży na południowym krańcu szlaku win alzackich u podnóża masywu Grand Ballon. Z Miluzy dociera tutaj tramwaj a w zasadzie przekształcona w niego kolej miejska. Parkujemy w pobliżu baszty symbolizującej koniec szlaku winnego i zwanej Porte du Sud de La Route des Vins. Stąd już niedaleko do najważniejszego zabytku Thann - pięknej kolegiaty św Teobalda (Collegiale Saint Thibaut). Znajdują się tu relikwie biskupa Ubalda z włoskiego Gubbio. Wg legendy dotarły tutaj po jego śmierci w 1160 roku. Biskup, który rozdał cały swój majątek obiecał oddać swój złoty pierścień słudze z Lotaryngii. Pewien pielgrzym zaofiarował się go dostarczyć na miejsce. Miał problem ze zdjęciem obrączki z nabrzmiałego paliczka odciął więc palec i po kłopocie. Trofeum zawiesił na swojej lasce pielgrzymiej. Gdy przybył w okolice Thann strudzony zasnął opierając kij o pień jodły. Jakże jednak był zaskoczony, gdy po obudzeniu okazało się, że tak pozostawiona laska wrosła w drzewo i grunt stając się jego częścią. Wobec tego cudu pierścień pozostał w tym miejscu, gdzie ufundowano kościół. Na pamiątkę wydarzenia w dniu 30 czerwca na placu przed kolegiatą spalane są 3 gałązki jodłowe. Kolegiata w Thann chlubi się swoja gotycką wieżą, która jest nazywana najpiękniejszą spirą Alzacji w kontraście do najwyższej ze Strasburga i największej z Freiburga. Innym kuriozum jest piękny portal wejściowy z wielkim tympanonem posiadającym pięć rzeźbionych pasów. To rekordowa liczba jeżeli chodzi o kościoły francuskie. Inne katedry mają zazwyczaj tylko 3 albo 4. We wnętrzu kolegiaty znajdują się piękne witraże w tym jeden całkiem nowoczesny, w kaplicach bocznych misternie rzeźbione ołtarze, wspomniany relikwiarz biskupa z Gubbio oraz posąg Matki Boskiej. W dawnym arsenale mieści się miejscowe muzeum a naprzeciwko kamienna studnia z archaiczną rzeźbą. Droga prowadzi na most na rzece Thur. Domki po prawej tworzą zakątek porównywany do Wenecji. Ze starówki Thann idziemy w kierunku ruin zamku zwanego Engelbourg. To miejsce szczególne zwane "okiem czarownicy". Kiedy w XVIII wieku zdecydowano o zburzeniu starej fortecy przewrócił się donżon, tworząc dość oryginalną formację widzianą z daleka. Śmiałkowie zapewne wspinają się do otworu podobnie jak u nas do okna w Okienniku Wielkim. Jednak wejść tam bez jakiegoś ułatwienia się nie da. Spod zamku roztaczają się piękne widoki na Wogezy i Thann położone u wylotu górskiej doliny. Idziemy stąd na przeciwległy dosłoneczny stok gdzie znajduje się winnica Rangen, jedna z najbardziej znanych w Alzacji posiadające rangę Grand Cru. Ścieżka prowadzi tarasem pośród krzewów winorośli. Znajduje się tutaj niewielka kapliczka. Widoki na miasto i Wogezy. Dobrze widać stąd starą fabrykę potasu działającą przy wjeździe do miasta. Przy zakładzie roznosił się specyficzny zapach jakby farby czy detergentu. Od winnicy Rangen szlak zbiega łukiem w dół przez fragment lasu i wraca do miasta pod winnicą z widokami na nasłoneczniony stok i galerią sztuki na wolnym powietrzu.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/