Główny cel: nocleg pod namiotem w warunkach w pełni zimowych.
Nie jest to rzecz błaha. Każdy element planowania takiej wyprawy musi być pełen rozwagi, gdyż ewentualne niepowodzenie może mieć tragiczne konsekwencje. Nie chcę ostatecznie okazać się "kolejnym idiotą", który poszedł w góry i zginął z własnej głupoty. Znam swoje możliwości. Niczego nie robię na siłę. Biorę też pod uwagę ewentualność odwrotu, jeśli zadanie jednak mnie przerośnie. Decyduję się na to, ponieważ chcę i mam przeczucie, że mogę. Muszę jedynie jeszcze to sobie udowodnić.
Jest pierwsza połowa listopada. W miejscu mojego zamieszkania na pierwsze oznaki zimy przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać, jednak wiem, że w górach od dłuższego już czasu panują warunki zimowe. Jako pole do realizacji mojego celu wybieram Beskid Sądecki, w którym jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem. Konkretniej - grzbiet Radziejowej, czyli najwyższą część tego pasma górskiego. Początkowo miałem zamiar rozłożyć namiot na Niemcowej, jednak ze względu na zbyt małą ilość czasu, którym dysponowałem, ostatecznie rozbiłem się na samym szczycie Radziejowej (1262 m n.p.m.). Nie wyprzedzajmy jednak faktów.
Całą trasę, którą przeszedłem, na upartego dałoby się zrobić w ciągu jednego dnia mając na plecach lekki bagaż. Ja jednak, po pierwsze, miałem zamiar spędzić noc w górach a po drugie, plecak wypchałem sporą ilością sprzętu, który miał zapewnić mi, że rano obudzę się cały i zdrowy. Można oczywiście sprawić, że taki sprzęt będzie lekki i zajmować będzie niewiele miejsca. Wiąże się to jednak ze sporymi kosztami. Tym samym dowodzę jednak, że nie trzeba wcale posiadać specjalistycznego i drogiego sprzętu aby móc spędzić w górach noc pod namiotem, kiedy wokół szaleje zima. Do szczegółowego omówienia kwestii ekwipunku przejdziemy jednak nieco później. Póki co zapraszam na zimową (mimo, że nadal mamy jesień) wędrówkę przez Beskid Sądecki.
Mapa trasy:
Link do trasy
Wędrówkę rozpoczynam w Szczawnicy. Patrząc na drzewa widać, że jesień jeszcze nie zdążyła przeminąć, kiedy zima uderzyła z całym impetem.
Po minięciu jednych z ostatnich zabudowań w Szczawnicy, przechodzę obok wodospadu Zaskalnik.
Schodzę ze szlaku aby dobrze przyjrzeć się wodospadowi z bliska i zrobić mu kilka zdjęć na długim czasie naświetlania. Specjalnie po to wziąłem ze sobą statyw do aparatu.
Wodospad nie jest specjalnie wysoki - ma zaledwie ok. 5 m, jednak cieszy oko swym wyglądem a ucho swoim szumem.
Położony jest on na Sopotnickim Potoku.
Tak natomiast wodospad wygląda na krótkim czasie naświetlania.
Po nacieszeniu się wodospadem ruszam w górę. Przede mną podejście na Przehybę.
Na jednej z polanek ponownie widzę oszronione kolory jesieni.
Roztaczają się stąd widoki na Pieniny, choć dziś warunki widokowe nie są najlepsze.
Poprzez mgliste powietrze w tle majaczą jednak pienińskie Trzy Korony.
Im wyżej wchodzę, tym sceneria robi się bardziej surowa, typowo zimowa.
Na wysokości Czeremchy (1124 m n.p.m.) czuję się już niczym w bajkowej Narnii.
Wszystko wokół jest pokryte grubą warstwą szadzi.
Jej powstawaniu sprzyja ostry wiatr przewalający się w tym miejscu przez grzbiet pasma.
Gdziekolwiek bym nie spojrzał, tam widzę fantazyjne i delikatne twory wiatru i lodu.
Surowa sceneria przypomina jednak co chwilę, że nadal mamy jesień.
Tu drzewo, które nie zdążyło jeszcze w pełni zrzucić swych liści.
Po niecałych czterech godzinach marszu docieram do Schroniska PTTK na Przehybie.
W środku wypijam gorącą herbatę i spożywam posiłek, po czym udaję się w dalszą trasę.
Zostawiam schronisko za sobą i kieruję się w stronę Radziejowej.
Po drodze nadal mogę podziwiać zimę w pełni jej okazałości.
Przy okazji tego wyjazdu, dzięki uprzejmości administratorów aplikacji mapa-turystyczna.pl, którzy udostępnili mi dostęp do tej części ich serwisu, dane mi było przetestować za darmo działanie ich map offline w terenie. Przed wyjazdem nie posiadałem drukowanej mapy Beskidu Sądeckiego a wędrówkę rozpocząłem w Szczawnicy jeszcze przed otwarciem sklepików z mapami, więc cały ten wyjazd wspomagałem się mapą w telefonie. Bez konieczności ciągłego dostępu do internetu mogłem przeglądać ich mapy i orientować się w nieznanym mi dotąd terenie. Mimo, że raczej nic nie zastąpi mi w pełni prawdziwej, drukowanej mapy, muszę przyznać, że aplikacja ta dobrze spełniła swą rolę.
Po kolejnej półtorej godzinie marszu moje nogi stają w końcu na najwyższym szczycie Beskidu Sądeckiego. Kolejna pozycja z Korony Gór Polski zaliczona.
Po szadzi na wieży łatwo można zauważyć jak bardzo różnią się warunki pogodowe ponad koronami drzew od tych na dole, w lesie.
Dochodzi godzina 16:00. Jestem już zmęczony marszem w śniegu z ciężkim plecakiem. Za chwilę zajdzie słońce. Nie chce mi się już iść przez kolejną godzinę z hakiem do Niemcowej, gdzie pierwotnie planowałem się rozbić. Wyciągam więc namiot i rozkładam go w tym oto miejscu, na szczycie góry.
Zaraz po tym wchodzę na wieżę widokową. Pod względem widoków pogoda mi tym razem jednak nie dopisała.
Gdzieś tam za mgłą, na linii horyzontu powinienem normalnie zobaczyć Tatry.
Zostawiam po sobie ślad, który następnego ranka będzie już ledwie widoczny.
Widok z góry na mój Hotel Miliona Możliwości.
Po zejściu z wieży wchodzę do namiotu i nie opuszczam go już do rana.
Jako, że rozłożyłem go na około 20-centymetrowej warstwie śniegu bez jej uprzedniego usuwania, wchodząc do namiotu muszę uważać aby nie usiąść bezpośrednio na jego podłodze. Spowodowałoby to topnienie śniegu pod namiotem i tworzenie się kałuży, na której musiałbym później spać. W t
