Forum "Turystycznie" - najciekawsze forum turystyczne w sieci! Już od prawie 15 lat!
15 rocznica powstania forum - spotkanie w Dusznikach Zdroju (19-21 września)
15 rocznica powstania forum - spotkanie w Dusznikach Zdroju (19-21 września)
Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Regulamin forum
Prosimy o zachowanie następującego schematu w tytule relacji:
Kraj: dokładny cel wycieczki (data wycieczki)
Przykład:
Austria: Salzburg (15.07.2020)
Prosimy o zachowanie następującego schematu w tytule relacji:
Kraj: dokładny cel wycieczki (data wycieczki)
Przykład:
Austria: Salzburg (15.07.2020)
Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Nazwa Hauts de France (dosł. Wyżyny Francji) oznacza jej region położony "najwyżej" w sensie wiszącej mapy orientowanej ku północy. Bo gór a nawet wyżyn w tej części kraju nie ma. To teren nizinny, choć nie zawsze płaska równina. W podłożu są skały kredowe, które najlepiej widać na wybrzeżu morza, gdzie tworzą w wielu miejscach całkiem wysokie klify, ale i w głębi lądu trafiają się skarpy, odkrywki i podziemia (dawne kamieniołomy w których wydobywano kredę np. w Arras).
Poszczególne dni:
4.09 Przylot, Amiens - widowisko Chroma
5.09. Beauvais
6.09. Amiens
7.09. Arras
8.09. Treport/Mers les Bains/Abbeville
9.09. Calais
10.09. Paryż
11.09. Albert - przejazd do Compiegne
12.09. Saint Quentin
13.09. Compiegne/Noyon
14.09. Laon
15.09. Chantilly
16.09. Wylot
I zdarzają się wzgórza. Teoretycznie jest to najmniej turystyczny region Francji, ale po prawdzie atrakcji jest tu mnóstwo, więc ta opinia to raczej funkcja klimatu, braku upraw winorośli, oliwek i dostępu do ciepłego morza. Obyśmy jednak mieli w Polsce pełno takich "nieturystycznych" miejsc, gdzie atrakcji wysokiej klasy jest bez liku i zazwyczaj nie przeładowanych gośćmi.
Na liście UNESCO znajdują się tu np. gotyckie katedry na czele z największą we Francji w Amiens, pola bitew I wojny światowej nad Sommą i na wzgórzach Chemin des Dames wraz z cmentarzami wojskowymi, twierdza Vaubana w Arras, miejskie wieże zegarowe tzw. beffroi i kilka innych pomniejszych obiektów.
Przez 12 dni odwiedziliśmy kilka sławnych katedr w Amiens, Beauvais, Laon i Noyon, a także znane pałace w Compiegne (rezydencja Napoleona Bonaparte i Napoleona III) oraz w Chantilly (siedziba muzeum sztuki oraz centrum hippicznego).
Dwa razy byliśmy nad kanałem La Manche. W Treport są plaże kamieniste pod klifami, a w Calais plaża piaszczysta, która wybitnie "wydłuża się" w czasie odpływu.
Oryginalne atrakcje to mechaniczny smok spacerujący przy plaży w Calais oraz wieczorne widowisko światło i dźwięk Chroma na fasadzie katedry w Amiens.
Chodziliśmy pod ziemią, pływaliśmy też łódką po rzecznych rozlewiskach. Odwiedziliśmy również kilka ciekawych muzeów tematycznych, np. poświęconych motocyklom i starym rzemiosłom w Saint Quentin, czy bitwie nad Sommą w Albert (w podziemnym tunelu biegnącym pod miastem).
Jednodniowy wypad do Paryża opiszę osobno, bo to już inny region. To było marzenie Krystiana, w sumie dojazd łatwy, a dodatkowo wypadło z planu Rouen ze względu na zawiłości rozkładu kolei, które kursują tam różnie w różne dni tygodnia (nie tylko robocze czy weekendy). Po Francji poruszaliśmy się głównie pociągami korzystając z karty rabatowej TER Hauts de France. Jest aktualna przez rok, więc zawsze można by tam jeszcze wrócić, bo miejsc ciekawych i nieodwiedzonych zostało jeszcze sporo: wspomniane Rouen, ale też cała północna aglomeracja wokół Lille, ujście Sommy, przylądki Gris Blanc i Gris Nez z widokiem na Anglię, akwarium w Boulogne sur Mer, Chateau Pierrefonds do którego w lecie nie dojedzie bez własnego samochodu itp, itd. Pociągi wygodne, często piętrowe. Przy miejscach stoliki oraz stanowiska do ładowania sprzętu elektronicznego (choć nie zawsze były czynne).
Fakt faktem system zakupu biletów w automatach doprowadzał czasem do pasji poprzez liczbę danych, które należało wklepać.
Autobusy są znacznie tańsze. W niektórych miastach komunikacja jest darmowa, np. w Calais, Arras czy Noyon, a w innych kosztuje 1-2 Euro za osobę. Także międzymiastowe połączenia Oise Mobilite w cenie 1 Euro (pomiędzy Amiens a Beauvais) - odległość około 50 km (godzina jazdy) oraz pomiędzy Abbeville a Treport (w zastępstwie pociągu).
Ceny w sklepach też raczej umiarkowane, zwłaszcza jak kupuje się to co jest tu popularne. Średni dzienny wydatek zakupowy to było około 30 Euro, w tym obowiązkowe wino, cydr i sery. Z tych ostatnich do gustu przypadły zwłaszcza Roquefort, Brie oraz kremowy rozpływający się na talerzu Saint-Nectaire. Marki w naszych sklepach o tej samej nazwie nie mają podejścia do tamtego smaku i aromatu. Tego w Polsce niestety będzie brakowało.
Całkiem dobre były też miejscowe wędliny kupowane w paczkach na sztuki. W pierwszym tygodniu pogoda przyjemna, zazwyczaj słoneczna, ale z umiarkowaną temperaturą i wiatrem. W drugim tygodniu zaczęły się niestety większe upały, więc zmęczenie narastało. Przy czym i tak stale był jakiś "ożywczy" wiatr. Dostępność regionu jest łatwa dzięki bezpośrednim połączeniom lotniczym do Beauvais. Małe lotnisko (w porównaniu do Krakowa) z połączeniami autobusowymi do Paryża (shuttle-bus), miasta Beauvais (linie miejskie lub międzymiastowa) i Amiens (wspomniana linia 601 Oise Mobilite). W pierwszym tygodniu nocowaliśmy w Amiens na kwaterze w ładnej kamieniczce blisko parku, w kolejnym tygodniu przenieśliśmy się do Compiegne (przedmieście Marly) do podobnej kwatery z niewielkim ogródkiem.
Poszczególne dni:
4.09 Przylot, Amiens - widowisko Chroma
5.09. Beauvais
6.09. Amiens
7.09. Arras
8.09. Treport/Mers les Bains/Abbeville
9.09. Calais
10.09. Paryż
11.09. Albert - przejazd do Compiegne
12.09. Saint Quentin
13.09. Compiegne/Noyon
14.09. Laon
15.09. Chantilly
16.09. Wylot
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Amiens
Stolica Pikardii. Miasto ponad 100 tysięczne plasuje się w trzeciej dziesiątce największych we Francji. Nieco mniejsze od Opola. Pierwsze wrażenie nienajlepsze. Okolice dworca kolejowego są dość brudne i zaniedbane. Kręci się tu też trochę miejscowych kloszardów. Zabudowa przypomina trochę klimaty nowohuckie. Miasta w tej części Francji były mocno niszczone w czasie wojen światowych. W II wojnie głównie przez bombardowania alianckie. Symbolem odbudowy jest wystrzelająca w górę tuż przy stacji betonowa Wieża Perreta. Jeden z pierwszych francuskich wysokościowców z lat 50-tych. Do dzisiaj pełni funkcje mieszkalne, a na wysokim piętrze znajduje się też drogi apartament wynajmowany na jakieś ważne przyjęcia czy imprezy z widokiem na miasto. Poza taką opcją budynek nie jest niestety publicznie dostępny. Wieża jest nieco wyższa od iglicy katedry Notre Dame, która stanowi centralny punkt miasta. Najwspanialszym jej fragmentem jest fasada zachodnia z trzema rzeźbionymi portalami, rozetą i galerią królów Judei na sporej wysokości. Codziennie po godzinie 22 w okresie letnim na fasadzie odbywa się widowisko świetlno-dźwiękowe Chroma. Atrakcja jest bezpłatna. Wystarczy zająć miejsce na placu przed katedrą, na stopniach albo bezpośrednio na płycie rynku. Kilka zdjęć nie odda atmosfery, zmieniającym się kolorowym kształtom towarzyszy nastrojowa muzyka, a poprzedza je komentarz opowiadający co nieco o historii katedry. Widowisko składa się z dwóch części: kilkudziesięciominutowego show w którym ściana kościoła służy jak ekran kalejdoskopu, a potem podświetlenia fasady w taki sposób, że wszystkie rzeźby wydają się jakby pomalowane. We wnętrzu katedry zwrócić należy uwagę na labirynt na posadzce. W murze wokół prezbiterium znajdują się polichromowane rzeźby przedstawiające żywoty świętych związanych z miastem. Jest tam figura biskupa męczennika, któremu żołnierz odcina głowę. Skądinąd w katedrze przechowuje się też relikwiarz z fragmentem czaszki Jana Chrzciciela. W prezbiterium znajdują się rzeźbione drewniane stalle. Niestety dostęp w to miejsce jest zamknięty, chyba raz dziennie można skorzystać z wycieczki z przewodnikiem. Warto spojrzeć na kolorowe witraże oraz figury i wystrój bocznych kaplic. Można też obejrzeć katedrę od tyłu z placu z figurą św. Piotra Pustelnika. Widać tu wszystkie typowe gotyckie elementy: łuki przyporowe, pinakle, rzygacze. Katedra znajduje się na skraju wzgórza ponad doliną Sommy nad którą rozłożyła się stara dzielnica flisacka Saint Leu zwana "Wenecją Amiens". Somma na całej swojej długości rozdziela się na szereg pobocznych koryt i rozlewisk, a tutaj płynie kilkoma kanałami ponad którymi stoją niewysokie ceglane domki. Na nabrzeżu są restauracje i bary a na środku kanału ustawiona jest figura mężczyzny na kamiennym słupie. Koresponduje ona jeszcze z dwoma postaciami znajdującymi się na okolicznych fasadach domów. Na jednym z mostków w głębi Saint Leu znajduje się drzewko szczęścia. Zwyczaj miejscowy mówi, że należy na nim lub na balustradzie zawiązać chusteczkę i pomyśleć życzenie to na pewno się spełni. Warto się tu poszwendać bo to najładniejsza i najbardziej autentyczna dzielnica Amiens. Na domach pojawiają się murale i instalacje. Część z nich nawiązuje do prozy Juliusza Verne'a, który przez kilkadziesiąt lat aż do śmierci mieszkał w Amiens. Odwiedziliśmy jego muzeum znajdujące się w charakterystycznym domu z ceglaną wieżą obserwatorium. Muzeum dość tradycyjne z kilkoma klimatycznymi pokojami z epoki oraz strychem pełnym skarbów. Jest model łodzi kapitana Nemo Nautilus, są liczne plakaty filmowe, wydania książek, mapy, kajuta ze statku, itp. W samym mieście są jeszcze dwa pomniki pisarza - prekursora powieści science-fiction, Grób na miejscowym cmentarzu oraz nazwany jego imieniem uniwersytet i cyrk. Ten ostatni to budynek z klasycznym portykiem w którym od czasu do czasu odbywają się występy artystyczne. Stoi przy Plantach na których końcu znajduje się trzeci budynek dostrzegalny z daleka w panoramie miasta, czyli nowoczesny kościół St Honore. Z zabytków w centrum warto jeszcze wspomnieć o dawnej wieży zegarowej - beffroi przed którą znajduje się stara studnia miejska. Ciekawym miejscem w górnej części miasta jest też ozdobny zegar Dewailly stojący na skwerze z widokiem na wieże katedry. W parku Saint Pierre w rozlewiskach Sommy przez całe lato odbywały się pikniki: rozmaite zawody sportowe, plac zabaw dla dzieci, atrakcje wodne. Krystian nie odmówił sobie skoku z wieży na wielką płachtę-materac. W parku jest też duży staw z widokiem na iglicę katedry. Oryginalna atrakcja znajduje się nieopodal aczkolwiek już w sąsiedniej gminie Rivery. Granice jednostek osadniczych we Francji są specyficzne i przebiegają często w środku miejskiej zabudowy. Rivery to realnie przedmieście Amiens, ale formalnie inna miejscowość. To brama do ogrodów wodnych zwanych Hortillonages. Spod muzeum można wybrać się na wodną wycieczkę łodzią po fragmencie tych ogrodów. Łódka zabiera dziesięciu pasażerów i sternika, który w trakcie rejsu opowiada o tym obszarze. Można też wynająć kajak i udać się na wycieczkę samemu. Podobno aby spenetrować dokładnie cały ten obszar należałoby pływać całe 5 dni bez przerwy. Wzdłuż sieci kanałów znajdują się działki rolnicze. Dostęp do nich jest tylko drogą wodną, tak dowożona jest tam żywność, woda pitna i wszelkie dobra, a wywożone odpady. Oczywiście oprócz altanek, upraw i przebywających tam ludzi jest też pełno wodnych ptaków i nadrzeczna "dżungla". Jakieś 1,5 km od ruchliwego centrum przy dworcu mamy oazę spokoju i ciszy, tereny zielone i sielskie. Jak na Europę miejsce dość oryginalne. Kojarzę tylko jedno podobne, aczkolwiek tam jeszcze nie byłem - niemiecki Spreewald.
Stolica Pikardii. Miasto ponad 100 tysięczne plasuje się w trzeciej dziesiątce największych we Francji. Nieco mniejsze od Opola. Pierwsze wrażenie nienajlepsze. Okolice dworca kolejowego są dość brudne i zaniedbane. Kręci się tu też trochę miejscowych kloszardów. Zabudowa przypomina trochę klimaty nowohuckie. Miasta w tej części Francji były mocno niszczone w czasie wojen światowych. W II wojnie głównie przez bombardowania alianckie. Symbolem odbudowy jest wystrzelająca w górę tuż przy stacji betonowa Wieża Perreta. Jeden z pierwszych francuskich wysokościowców z lat 50-tych. Do dzisiaj pełni funkcje mieszkalne, a na wysokim piętrze znajduje się też drogi apartament wynajmowany na jakieś ważne przyjęcia czy imprezy z widokiem na miasto. Poza taką opcją budynek nie jest niestety publicznie dostępny. Wieża jest nieco wyższa od iglicy katedry Notre Dame, która stanowi centralny punkt miasta. Najwspanialszym jej fragmentem jest fasada zachodnia z trzema rzeźbionymi portalami, rozetą i galerią królów Judei na sporej wysokości. Codziennie po godzinie 22 w okresie letnim na fasadzie odbywa się widowisko świetlno-dźwiękowe Chroma. Atrakcja jest bezpłatna. Wystarczy zająć miejsce na placu przed katedrą, na stopniach albo bezpośrednio na płycie rynku. Kilka zdjęć nie odda atmosfery, zmieniającym się kolorowym kształtom towarzyszy nastrojowa muzyka, a poprzedza je komentarz opowiadający co nieco o historii katedry. Widowisko składa się z dwóch części: kilkudziesięciominutowego show w którym ściana kościoła służy jak ekran kalejdoskopu, a potem podświetlenia fasady w taki sposób, że wszystkie rzeźby wydają się jakby pomalowane. We wnętrzu katedry zwrócić należy uwagę na labirynt na posadzce. W murze wokół prezbiterium znajdują się polichromowane rzeźby przedstawiające żywoty świętych związanych z miastem. Jest tam figura biskupa męczennika, któremu żołnierz odcina głowę. Skądinąd w katedrze przechowuje się też relikwiarz z fragmentem czaszki Jana Chrzciciela. W prezbiterium znajdują się rzeźbione drewniane stalle. Niestety dostęp w to miejsce jest zamknięty, chyba raz dziennie można skorzystać z wycieczki z przewodnikiem. Warto spojrzeć na kolorowe witraże oraz figury i wystrój bocznych kaplic. Można też obejrzeć katedrę od tyłu z placu z figurą św. Piotra Pustelnika. Widać tu wszystkie typowe gotyckie elementy: łuki przyporowe, pinakle, rzygacze. Katedra znajduje się na skraju wzgórza ponad doliną Sommy nad którą rozłożyła się stara dzielnica flisacka Saint Leu zwana "Wenecją Amiens". Somma na całej swojej długości rozdziela się na szereg pobocznych koryt i rozlewisk, a tutaj płynie kilkoma kanałami ponad którymi stoją niewysokie ceglane domki. Na nabrzeżu są restauracje i bary a na środku kanału ustawiona jest figura mężczyzny na kamiennym słupie. Koresponduje ona jeszcze z dwoma postaciami znajdującymi się na okolicznych fasadach domów. Na jednym z mostków w głębi Saint Leu znajduje się drzewko szczęścia. Zwyczaj miejscowy mówi, że należy na nim lub na balustradzie zawiązać chusteczkę i pomyśleć życzenie to na pewno się spełni. Warto się tu poszwendać bo to najładniejsza i najbardziej autentyczna dzielnica Amiens. Na domach pojawiają się murale i instalacje. Część z nich nawiązuje do prozy Juliusza Verne'a, który przez kilkadziesiąt lat aż do śmierci mieszkał w Amiens. Odwiedziliśmy jego muzeum znajdujące się w charakterystycznym domu z ceglaną wieżą obserwatorium. Muzeum dość tradycyjne z kilkoma klimatycznymi pokojami z epoki oraz strychem pełnym skarbów. Jest model łodzi kapitana Nemo Nautilus, są liczne plakaty filmowe, wydania książek, mapy, kajuta ze statku, itp. W samym mieście są jeszcze dwa pomniki pisarza - prekursora powieści science-fiction, Grób na miejscowym cmentarzu oraz nazwany jego imieniem uniwersytet i cyrk. Ten ostatni to budynek z klasycznym portykiem w którym od czasu do czasu odbywają się występy artystyczne. Stoi przy Plantach na których końcu znajduje się trzeci budynek dostrzegalny z daleka w panoramie miasta, czyli nowoczesny kościół St Honore. Z zabytków w centrum warto jeszcze wspomnieć o dawnej wieży zegarowej - beffroi przed którą znajduje się stara studnia miejska. Ciekawym miejscem w górnej części miasta jest też ozdobny zegar Dewailly stojący na skwerze z widokiem na wieże katedry. W parku Saint Pierre w rozlewiskach Sommy przez całe lato odbywały się pikniki: rozmaite zawody sportowe, plac zabaw dla dzieci, atrakcje wodne. Krystian nie odmówił sobie skoku z wieży na wielką płachtę-materac. W parku jest też duży staw z widokiem na iglicę katedry. Oryginalna atrakcja znajduje się nieopodal aczkolwiek już w sąsiedniej gminie Rivery. Granice jednostek osadniczych we Francji są specyficzne i przebiegają często w środku miejskiej zabudowy. Rivery to realnie przedmieście Amiens, ale formalnie inna miejscowość. To brama do ogrodów wodnych zwanych Hortillonages. Spod muzeum można wybrać się na wodną wycieczkę łodzią po fragmencie tych ogrodów. Łódka zabiera dziesięciu pasażerów i sternika, który w trakcie rejsu opowiada o tym obszarze. Można też wynająć kajak i udać się na wycieczkę samemu. Podobno aby spenetrować dokładnie cały ten obszar należałoby pływać całe 5 dni bez przerwy. Wzdłuż sieci kanałów znajdują się działki rolnicze. Dostęp do nich jest tylko drogą wodną, tak dowożona jest tam żywność, woda pitna i wszelkie dobra, a wywożone odpady. Oczywiście oprócz altanek, upraw i przebywających tam ludzi jest też pełno wodnych ptaków i nadrzeczna "dżungla". Jakieś 1,5 km od ruchliwego centrum przy dworcu mamy oazę spokoju i ciszy, tereny zielone i sielskie. Jak na Europę miejsce dość oryginalne. Kojarzę tylko jedno podobne, aczkolwiek tam jeszcze nie byłem - niemiecki Spreewald.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Katedra piękna.
Drzewko szczęścia w takim klimacie nie wzbudza mojego entuzjazmu - wygląda jak śmietnik.
Belfort oryginalny, choć dość niski w porównaniu z tymi w Belgii.
Hortillonages to wieś "kanałowa" ? Coś jak kiedyś np. Tropy Elbląskie na Żuławach.
Drzewko szczęścia w takim klimacie nie wzbudza mojego entuzjazmu - wygląda jak śmietnik.
Belfort oryginalny, choć dość niski w porównaniu z tymi w Belgii.
Hortillonages to wieś "kanałowa" ? Coś jak kiedyś np. Tropy Elbląskie na Żuławach.
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Drzewko szczęścia to spontan więc wygląda jak wygląda. My np z braku innych wykorzystaliśmy chusteczkę higieniczną. Większość turystów pewnie tak robi. Beffroi nie jest specjalnie wyróżnione w Amiens. Wejść tam można chyba raz w tygodniu z przewodnikiem. Ładniejsza będzie w Arras. Hortillonages to raczej nie jest wieś tylko ogródki działkowe. Na stałe nikt tam raczej nie mieszka.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Beauvais
Najważniejszym zabytkiem Beauvais jest oczywiście katedra pod wezwaniem św Piotra. To w zasadzie resztki tego, co było pierwotnie planowane, a czego w wyniku dwóch katastrof budowlanych nie udało się doprowadzić do końca. Beauvais pokazuje, że technika budowlana gotyku miała swoje ograniczenia i śrubowanie rekordu miało w konsekwencji skutki opłakane. Charyzmatyczny biskup Milo z Nanteuil postanowił w XIII wieku wznieść największy kościół na świecie. Miasto Beauvais i wtedy nie było jakimś bogatym tuzem w porównaniu do Paryża czy handlowych ośrodków we Flandrii. Ale sam wpływowy biskup ważna postać w czasie wypraw krzyżowych wystarał się o fundusze na królewskim dworze. Na tyle były jednak marne, że olbrzymia budowla stała w całości tylko kilka lat, już przy ukończeniu budowy pojawiły się rysy na murach, a w trakcie osiadania fundamentów naprężenia okazały się zbyt silne. Jeden z filarów nie wytrzymał. Potem przyszła wojna stuletnia i prace zatrzymano. Do pomysłu wrócono jednak jeszcze raz w XVI wieku, wzniesiono transept i zdecydowano się nakryć go wieżą o niebotycznej jak na ten czas wysokości 150 m. To było wyżej niż katedra św Piotra w Rzymie. W 1573 roku kilka lat po inwestycji w Dniu Wniebowstąpienia wieża runęła. Szczęśliwie odbywała się wtedy procesja i niewielu wiernych było w środku. Ofiar śmiertelnych nie było. Był to jednak kres wielkich ambicji. Katedra pozostała dziełem niedokończonym. Przypomina trochę szkielet prehistorycznego dinozaura z systemem bocznych filarów, łuków przyporowych i stalowych poręczy utrzymujących te "klocki" w całości. Do jej zachodniej ściany przylega starsza romańska wersja Notre Dame de Basse-Oeuvre przez którą wchodzi się obecnie do wnętrza. Także w środku transeptu oglądać można potężne drewniane kotwy utrzymujące wysokie mury razem. Wewnątrz jest trochę starych malowideł i ołtarzy gotyckich. Najcenniejszym obiektem we wnętrzu jest bez wątpienia mechaniczny zegar astronomiczny, który raz dziennie jest uruchamiany (pokaz odpłatny). Obok niego znajduje się drugi starszy, jeden ze starszych obiektów tego typu w Europie. Katedra jest nadal remontowana, część fasady pokrywają rusztowania. Od strony ulicy Saint Pierre oglądać można zdobną gotycką fasadę a podobna znajduje się też po przeciwległej stronie z portalem z motywem drzewa Jessego. W pobliżu tego drugiego portalu w cieniu katedry stoi najstarszy budynek w mieście zbudowany w technice fachwerku. W okolicy jest zresztą więcej tego typu starych domków. Przy ulicy Jana Racine'a zachował się fragment dawnych murów miejskich. U ich stóp znajduje się pomnik francuskiego poety. Resztę starych murów obejrzeć można w sąsiadującym z katedrą pawilonie sztuki Quadrilatere, gdzie ukrywają się też ruiny willi z czasów rzymskich oraz nowoczesne wystawy sztuki. Najciekawsza była rzeźba umierającego smoka w ogródku korespondująca trochę z tą niedokończoną katedrą. Wewnątrz można też było zbudować sobie pouczającą układankę z klocków pokazującą jak w zamyśle miała wyglądać tutejsza katedra. Beauvais to trochę miasto ruin. W pobliżu katedry znajdują się też pozostałości innego kościoła kolegiaty św Bartłomieja, znacznie mniejszego i zniszczonego jak to we Francji bywa często po obaleniu ancien regime'u w wyniku rewolucji. Centrum miasta jest dość nowe, gdyż Beauvais ucierpiało w czasie bombardowań z czasów II wojny światowej. Znajduje się tutaj duży plac Jeanne Hachette z budynkiem merostwa, fontanną, ogrodem letnim i staroświecką karuzelą. Pomnik Jeanne Hachette upamiętnia lokalną bohaterkę która uratowała miasto w czasie ataku Burgundczyków. Taka lokalna Joanna D'Arc. Gotycką pozostałością w centrum miasta jest także kościół Saint Etienne otoczony cienistymi trawnikami, które wykorzystane zostały do wypasu czarnych owiec. Równie ciekawy obiekt znajduje się na peryferiach miasta. To pozostałości dawnego szpitala dla trędowatych Maladrerie Saint Lazare. W kompleksie znajduje się piękny ogród w którym uprawiane są rozmaite rośliny użytkowe: aromatyczne przyprawy jak również winorośl i egzotyczne warzywa, np. tykwy. We wnętrzu kaplicy jak i w dawnych stajniach znajduje się wystawa artystyczna. Całość uzupełnia stawek z ozdobnymi rybami, hala teatralna oraz błonia stanowiące dogodne miejsce na piknik.
Najważniejszym zabytkiem Beauvais jest oczywiście katedra pod wezwaniem św Piotra. To w zasadzie resztki tego, co było pierwotnie planowane, a czego w wyniku dwóch katastrof budowlanych nie udało się doprowadzić do końca. Beauvais pokazuje, że technika budowlana gotyku miała swoje ograniczenia i śrubowanie rekordu miało w konsekwencji skutki opłakane. Charyzmatyczny biskup Milo z Nanteuil postanowił w XIII wieku wznieść największy kościół na świecie. Miasto Beauvais i wtedy nie było jakimś bogatym tuzem w porównaniu do Paryża czy handlowych ośrodków we Flandrii. Ale sam wpływowy biskup ważna postać w czasie wypraw krzyżowych wystarał się o fundusze na królewskim dworze. Na tyle były jednak marne, że olbrzymia budowla stała w całości tylko kilka lat, już przy ukończeniu budowy pojawiły się rysy na murach, a w trakcie osiadania fundamentów naprężenia okazały się zbyt silne. Jeden z filarów nie wytrzymał. Potem przyszła wojna stuletnia i prace zatrzymano. Do pomysłu wrócono jednak jeszcze raz w XVI wieku, wzniesiono transept i zdecydowano się nakryć go wieżą o niebotycznej jak na ten czas wysokości 150 m. To było wyżej niż katedra św Piotra w Rzymie. W 1573 roku kilka lat po inwestycji w Dniu Wniebowstąpienia wieża runęła. Szczęśliwie odbywała się wtedy procesja i niewielu wiernych było w środku. Ofiar śmiertelnych nie było. Był to jednak kres wielkich ambicji. Katedra pozostała dziełem niedokończonym. Przypomina trochę szkielet prehistorycznego dinozaura z systemem bocznych filarów, łuków przyporowych i stalowych poręczy utrzymujących te "klocki" w całości. Do jej zachodniej ściany przylega starsza romańska wersja Notre Dame de Basse-Oeuvre przez którą wchodzi się obecnie do wnętrza. Także w środku transeptu oglądać można potężne drewniane kotwy utrzymujące wysokie mury razem. Wewnątrz jest trochę starych malowideł i ołtarzy gotyckich. Najcenniejszym obiektem we wnętrzu jest bez wątpienia mechaniczny zegar astronomiczny, który raz dziennie jest uruchamiany (pokaz odpłatny). Obok niego znajduje się drugi starszy, jeden ze starszych obiektów tego typu w Europie. Katedra jest nadal remontowana, część fasady pokrywają rusztowania. Od strony ulicy Saint Pierre oglądać można zdobną gotycką fasadę a podobna znajduje się też po przeciwległej stronie z portalem z motywem drzewa Jessego. W pobliżu tego drugiego portalu w cieniu katedry stoi najstarszy budynek w mieście zbudowany w technice fachwerku. W okolicy jest zresztą więcej tego typu starych domków. Przy ulicy Jana Racine'a zachował się fragment dawnych murów miejskich. U ich stóp znajduje się pomnik francuskiego poety. Resztę starych murów obejrzeć można w sąsiadującym z katedrą pawilonie sztuki Quadrilatere, gdzie ukrywają się też ruiny willi z czasów rzymskich oraz nowoczesne wystawy sztuki. Najciekawsza była rzeźba umierającego smoka w ogródku korespondująca trochę z tą niedokończoną katedrą. Wewnątrz można też było zbudować sobie pouczającą układankę z klocków pokazującą jak w zamyśle miała wyglądać tutejsza katedra. Beauvais to trochę miasto ruin. W pobliżu katedry znajdują się też pozostałości innego kościoła kolegiaty św Bartłomieja, znacznie mniejszego i zniszczonego jak to we Francji bywa często po obaleniu ancien regime'u w wyniku rewolucji. Centrum miasta jest dość nowe, gdyż Beauvais ucierpiało w czasie bombardowań z czasów II wojny światowej. Znajduje się tutaj duży plac Jeanne Hachette z budynkiem merostwa, fontanną, ogrodem letnim i staroświecką karuzelą. Pomnik Jeanne Hachette upamiętnia lokalną bohaterkę która uratowała miasto w czasie ataku Burgundczyków. Taka lokalna Joanna D'Arc. Gotycką pozostałością w centrum miasta jest także kościół Saint Etienne otoczony cienistymi trawnikami, które wykorzystane zostały do wypasu czarnych owiec. Równie ciekawy obiekt znajduje się na peryferiach miasta. To pozostałości dawnego szpitala dla trędowatych Maladrerie Saint Lazare. W kompleksie znajduje się piękny ogród w którym uprawiane są rozmaite rośliny użytkowe: aromatyczne przyprawy jak również winorośl i egzotyczne warzywa, np. tykwy. We wnętrzu kaplicy jak i w dawnych stajniach znajduje się wystawa artystyczna. Całość uzupełnia stawek z ozdobnymi rybami, hala teatralna oraz błonia stanowiące dogodne miejsce na piknik.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Wybaczcie banał, ale Autorowi fotorelacji to się po prostu należy: "kapelusze z głów, panowie!" (cytat ze słynnej powieści pewnego francuskiego noblisty).
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
To nie banał. Comen pisze najciekawsze fotorelacje z wyjazdów. Marzy mi się min. 5 takich Comenów jeszcze na forum.

Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Miło czytać pochwały. W tym przypadku także sam kontent jest ciekawy, więc pisze się z większą przyjemnością. Generalnie teraz jest moda na vlogi. Fotorelacje to już jednak rzadziej. Mnie się jeszcze chce, nagrywanie filmów z komentarzem to jednak bardziej skomplikowana kwestia.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Arras
Nazwa ta w Polsce kojarzy się jednoznacznie z artystycznymi tkaninami jakie sprowadzano często i chętnie na nasze zamki, aby ozdabiały, a przy tym ocieplały siedlisko. Co prawda tzw. wawelskie arrasy zamówione były w Brukseli, ale fakt faktem stolica księstwa Artois była w przeszłości jednym z ważniejszych ośrodków produkcji tapiserii. Inne skojarzenie prowadzi do książki Andrzeja Szczypiorskiego Msza za miasto Arras opisującej średniowieczny epizod nietolerancji i histerię prześladowań. Ale to jednak ahistoryczna fikcja. Bardziej oparty na faktach jest cykl Maurice'a Druona Królowie Przeklęci, w którym jednymi z głównych bohaterów są miejscowi magnaci walczący ze sobą o władzę nad tamtejszymi włościami: porywczy Robert de Artois oraz demoniczna Mahaut. Ich wzajemne intrygi i zbrodnie prowadzą do zmian na tronie francuskim za ostatnich Kapetyngów w okresie pomiędzy likwidacją zakonu templariuszy a wybuchem wojny stuletniej. Czy Arras ma średniowieczny klimat? Ma dużą i w jakimś stopniu autentyczną starówkę. Jak ktoś chce dowiedzieć się jak miasto wyglądało kilkaset lat temu to na skraju Placu des Heros znajdziemy wehikuł czasu. Niby zwykły automat z lunetką jak na punkcie widokowym, ale gdy spojrzymy przez nią zobaczymy widok placu z innej epoki. Atrakcja darmowa. Najciekawszymi miejscami w Arras są dwa wielkie place: wspomniany Des Heros oraz położony nieopodal Grand Place. Wyłożone są starym kamiennym brukiem przywodzącym na myśl średniowieczną płytę, a otoczone wianuszkiem stylowych kamieniczek z zaokrąglonymi szczytami. Na oko kamieniczki wydają się bardzo podobne, ale jak przyjrzymy się bliżej każda różni się jednak szczegółami. Jest tu sporo ciekawych sklepów, winoteka, market z francuskimi serami a także dyskont z atrakcyjną wyprzedażą (destockage), gdzie kupiliśmy Krystianowi francuskie pamiątki: okulary, koguta galijskiego i flagę. Obowiązuje sjesta. Przy końcu wycieczki obiliśmy się niestety o zamknięte drzwi. Mankamentami obydwu placów jest praktycznie całkowity brak jakiejkolwiek zieleni. Nie ma też wielu ławek poza ogródkami restauracji. Płyta Grand Place jest ponadto wykorzystywana jako parking pomimo tego, że w podziemiach placu też jest miejsce do parkowania samochodów. Trochę to przesłania widok i nawet sami Francuzi na to narzekają. Przy Place des Heros znajduje się ratusz miejski z pięknym dachem upstrzonym małymi okienkami oraz wysoką wieżą beffroi zwieńczoną figurą złotego lwa. Można na nią wejść, a w zasadzie wjechać windą na pewien poziom a potem wspiąć się jeszcze zakręconymi metalowymi schodami. Trochę pogubiliśmy się w poszukiwaniu windy, dzięki temu mieliśmy jeszcze darmową rundkę po korytarzach ratusza. Na parterze zobaczyć można m.in. giganty, czyli wielkie lalki które uczestniczą w barwnych pochodach w czasie lokalnego święta. Z tarasu pod zegarem mamy dookolną panoramę miasta, niezbyt wielkiego po prawdzie - tak gdzieś 50-tysięcznego. Widać stąd choćby miejscową katedrę, która jednak stoi zamknięta i w odróżnieniu od większości sąsiednich nie jest gotycka, ale w obecnym kształcie klasycystyczna. W Arras jest jeszcze kilka mniejszych kościołów które mijaliśmy po drodze, chyba bardziej autentycznych i średniowiecznych, ale niezbyt imponujących. Drugą wycieczką z ratusza jest trasa po miejscowych podziemiach zwanych boves. To kamieniołom kredy wykorzystywanej do budowy miasta. Trochę podobnie jak w polskim Chełmie, tylko że ten francuski kamień jest twardszy i odporniejszy, natomiast nie świeci tak na biało w ciemności. Tak więc, to co na powierzchni wykonywano z tego, co wykopywano spod ziemi i cały grunt pod Arras przypomina trochę ser szwajcarski. Czasem w wyniku tej działalności dochodziło do tąpnięć i zawaleń budynków na powierzchni zatem w pewnym czasie zabroniono eksploatacji a kamieniołomy przeniesiono na peryferie, gdzie do dziś istnieje podziemny Carriere Wellington wykorzystywany w czasie I wojny światowej jako schron dla żołnierzy. Tą drugą kopalnię też można zwiedzać, ale po długim wykładzie w podziemiach pod ratuszem byliśmy już na tyle zmęczeni i zniechęceni, że podarowaliśmy sobie powtórkę dwa kilometry dalej. Ciekawą atrakcją okazało się natomiast nowoczesne muzeum Cite Nature położone w hali fabrycznej na północnym przedmieściu. Wystawa mówiąca głównie o żywności, przyrodzie, świecie owadów oraz ekologii i sposobach recyklingu. Sporo tam ciekawych makiet. Zaaranżowane są wystawy sklepowe z różnym asortymentem. Jest też sporo maszyn rolniczych. Do tego w otoczeniu duży ogród z roślinami wodnymi, kwiatami, warzywami i osiołkiem, którego Krystian i ja wystraszyliśmy (lub wzruszyliśmy) tak mocno, że oddalił się do swojej stajenki z żałosnym głośnym rykiem.
Nazwa ta w Polsce kojarzy się jednoznacznie z artystycznymi tkaninami jakie sprowadzano często i chętnie na nasze zamki, aby ozdabiały, a przy tym ocieplały siedlisko. Co prawda tzw. wawelskie arrasy zamówione były w Brukseli, ale fakt faktem stolica księstwa Artois była w przeszłości jednym z ważniejszych ośrodków produkcji tapiserii. Inne skojarzenie prowadzi do książki Andrzeja Szczypiorskiego Msza za miasto Arras opisującej średniowieczny epizod nietolerancji i histerię prześladowań. Ale to jednak ahistoryczna fikcja. Bardziej oparty na faktach jest cykl Maurice'a Druona Królowie Przeklęci, w którym jednymi z głównych bohaterów są miejscowi magnaci walczący ze sobą o władzę nad tamtejszymi włościami: porywczy Robert de Artois oraz demoniczna Mahaut. Ich wzajemne intrygi i zbrodnie prowadzą do zmian na tronie francuskim za ostatnich Kapetyngów w okresie pomiędzy likwidacją zakonu templariuszy a wybuchem wojny stuletniej. Czy Arras ma średniowieczny klimat? Ma dużą i w jakimś stopniu autentyczną starówkę. Jak ktoś chce dowiedzieć się jak miasto wyglądało kilkaset lat temu to na skraju Placu des Heros znajdziemy wehikuł czasu. Niby zwykły automat z lunetką jak na punkcie widokowym, ale gdy spojrzymy przez nią zobaczymy widok placu z innej epoki. Atrakcja darmowa. Najciekawszymi miejscami w Arras są dwa wielkie place: wspomniany Des Heros oraz położony nieopodal Grand Place. Wyłożone są starym kamiennym brukiem przywodzącym na myśl średniowieczną płytę, a otoczone wianuszkiem stylowych kamieniczek z zaokrąglonymi szczytami. Na oko kamieniczki wydają się bardzo podobne, ale jak przyjrzymy się bliżej każda różni się jednak szczegółami. Jest tu sporo ciekawych sklepów, winoteka, market z francuskimi serami a także dyskont z atrakcyjną wyprzedażą (destockage), gdzie kupiliśmy Krystianowi francuskie pamiątki: okulary, koguta galijskiego i flagę. Obowiązuje sjesta. Przy końcu wycieczki obiliśmy się niestety o zamknięte drzwi. Mankamentami obydwu placów jest praktycznie całkowity brak jakiejkolwiek zieleni. Nie ma też wielu ławek poza ogródkami restauracji. Płyta Grand Place jest ponadto wykorzystywana jako parking pomimo tego, że w podziemiach placu też jest miejsce do parkowania samochodów. Trochę to przesłania widok i nawet sami Francuzi na to narzekają. Przy Place des Heros znajduje się ratusz miejski z pięknym dachem upstrzonym małymi okienkami oraz wysoką wieżą beffroi zwieńczoną figurą złotego lwa. Można na nią wejść, a w zasadzie wjechać windą na pewien poziom a potem wspiąć się jeszcze zakręconymi metalowymi schodami. Trochę pogubiliśmy się w poszukiwaniu windy, dzięki temu mieliśmy jeszcze darmową rundkę po korytarzach ratusza. Na parterze zobaczyć można m.in. giganty, czyli wielkie lalki które uczestniczą w barwnych pochodach w czasie lokalnego święta. Z tarasu pod zegarem mamy dookolną panoramę miasta, niezbyt wielkiego po prawdzie - tak gdzieś 50-tysięcznego. Widać stąd choćby miejscową katedrę, która jednak stoi zamknięta i w odróżnieniu od większości sąsiednich nie jest gotycka, ale w obecnym kształcie klasycystyczna. W Arras jest jeszcze kilka mniejszych kościołów które mijaliśmy po drodze, chyba bardziej autentycznych i średniowiecznych, ale niezbyt imponujących. Drugą wycieczką z ratusza jest trasa po miejscowych podziemiach zwanych boves. To kamieniołom kredy wykorzystywanej do budowy miasta. Trochę podobnie jak w polskim Chełmie, tylko że ten francuski kamień jest twardszy i odporniejszy, natomiast nie świeci tak na biało w ciemności. Tak więc, to co na powierzchni wykonywano z tego, co wykopywano spod ziemi i cały grunt pod Arras przypomina trochę ser szwajcarski. Czasem w wyniku tej działalności dochodziło do tąpnięć i zawaleń budynków na powierzchni zatem w pewnym czasie zabroniono eksploatacji a kamieniołomy przeniesiono na peryferie, gdzie do dziś istnieje podziemny Carriere Wellington wykorzystywany w czasie I wojny światowej jako schron dla żołnierzy. Tą drugą kopalnię też można zwiedzać, ale po długim wykładzie w podziemiach pod ratuszem byliśmy już na tyle zmęczeni i zniechęceni, że podarowaliśmy sobie powtórkę dwa kilometry dalej. Ciekawą atrakcją okazało się natomiast nowoczesne muzeum Cite Nature położone w hali fabrycznej na północnym przedmieściu. Wystawa mówiąca głównie o żywności, przyrodzie, świecie owadów oraz ekologii i sposobach recyklingu. Sporo tam ciekawych makiet. Zaaranżowane są wystawy sklepowe z różnym asortymentem. Jest też sporo maszyn rolniczych. Do tego w otoczeniu duży ogród z roślinami wodnymi, kwiatami, warzywami i osiołkiem, którego Krystian i ja wystraszyliśmy (lub wzruszyliśmy) tak mocno, że oddalił się do swojej stajenki z żałosnym głośnym rykiem.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
- sleepwalker
- Doświadczony
- Posty: 294
- Rejestracja: 3 sty 2016, o 21:13
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Świetne zdjęcia!
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Treport i Mers-les-Bains
Kolej na dwudniówkę nad Kanałem La Manche, przy czym w pierwszym dniu bardziej w wersji krajobrazowej, a w drugim bardziej w wersji kąpieliskowej, choć również z kilkoma atrakcjami. Treport i Mers-les-Bains to miasteczka położone po obu stronach rzeki Bresle przy jej ujściu do morza. Tworzą one w zasadzie trójmiasto, doliczając znajdujące się dalej w głębi lądu Eu, po którego uliczkach autobus kursowy trochę "pobłądził" przed dojazdem na miejsce. Wzdłuż rzeki Bresle biegnie granica Pikardii i Normandii, więc Treport po zachodniej stronie to już w zasadzie miejscowość normandzka. Przeprawiamy się przez rzekę Bresle rozdzieloną na dwa kanały i baseny portowe. Ze względu na pływy brzegi jej obudowane są potężnym murem oporowym. Jest także śluza. Z tarasów nadrzecznych ładne widoki na Treport osadzony tuż pod kredowymi skałami. Podchodzimy na wzgórze z kościołem parafialnym św Jakuba. Jak w typowych nadbrzeżnych lokalizacjach wewnątrz jest trochę motywów związanych z morzem, np. obraz Chrystusa sterującego łodzią albo sieci rybackie. Ciekawym motywem w jednej z kaplic jest także drewniana figura konia. Sama osada składa się z siatki równoległych i prostopadłych uliczek tworzących wąskie kwartały zabudowy. Część domów zbudowana tradycyjnie z ciemnego kamienia lub cegły, ostatnia linia przy nabrzeżu to długi blok z ogrodem na dachu. Nad wszystkim góruje kamienny ratusz. Obok niego mijamy kolorowy mural. Na końcu falochronu portowego stoi zielona latarnia morska. Przy niej sporo wędkarzy. Ale sam koniec falochronu niezbyt ciekawy. Sporo tam śmieci i pachnie moczem. W każdym razie rozpościerają się stamtąd widoki na plażę i klify. Plaża jest kamienista z tysiącem ładnych otoczaków. Zazwyczaj to białe fragmenty kredy oraz znajdujące się w niej buły krzemienne. Czasem trafi się nawet ciekawa konkrecja wewnątrz. Te kamyki wydają charakterystyczny dźwięk przy uderzeniu fal. Morze w tym miejscu szumi trochę inaczej niż nad Bałtykiem. Plaże w Treport i Mers są dosyć strome, choć z góry tego nie widać. Do samej wody schodzi się jakieś 0,5-1 m po usypisku. Rano fale były dość wysokie i w Treport tylko zamoczyliśmy nogi. Był jeszcze przypływ, a pogoda tego dnia była raczej taka sobie. Nie lało, ale było dużo chmur, dość chłodno i silny wiatr. Takie specyficzne dla wybrzeży normandzkich czy angielskich światło sprawiało, że fajnie wyglądały z tej perspektywy klify i zielone łąki na klifach. Wprawne oko wypatrzeć może jaskinie u podnóża urwiska
Do góry można wjechać bezpłatną kolejką typu funiculaire. Przebija się ona tunelem przez skałę. Na szczycie wzgórza ustawiono krzyż. Od niego prowadzi kilkusetmetrowa widokowa promenada biegnąca przez ekologiczne pastwiska do drogowskazu na szczycie wzgórza. Spotkanie z kolejnym osiołkiem (w zasadzie mułem). W dół w stronę miasta zejść można po schodach z pięknymi widokami na Treport oraz położone po drugiej stronie rzeki Mers-les-Bains. Kamienne domy, mewy, poezja Baudelaire'a na tabliczkach.
Mers-les-Bains to uzdrowisko z czasów belle-epoque. W centrum jest wielki plac o nazwie Marche. Kiedyś targowy, dziś raczej reprezentacyjny. Jest fontanna, klomby i namiot cyrkowy. Wzdłuż plaży ciągnie się elegancka promenada. Ponad nią secesyjna zabudowa willowa w normandzkim stylu. Jest też sporo straganów z łakociami, pamiątkami, a nawet książkami. Kamienista plaża ciągnie się do drugiego białego klifu. W morze wychodzą, co jakiś czas solidne betonowe falochrony inne niż na naszym wybrzeżu, gdzie zazwyczaj są to szpalery drewnianych pni wbitych w dno. Białe domki na kamieniach to przebieralnie. Można je wynająć, ale odpłatnie. Chętnych na to generalnie nie widać, aczkolwiek dzień był niespecjalnie kąpieliskowy. Nie ma jak na naszych plażach publicznie dostępnych parawanów. Trochę ludzi jednak się kąpie. Starszy pan z deską surfingową i wiosłem poszedł na większe fale. Całkiem nieźle sobie radził, chociaż zaliczył parę wywrotek. Zrobiło się trochę cieplej i większy odpływ, więc Krystian też poszedł poszaleć na falach. A mewy buszują na brzegu.
Kolej na dwudniówkę nad Kanałem La Manche, przy czym w pierwszym dniu bardziej w wersji krajobrazowej, a w drugim bardziej w wersji kąpieliskowej, choć również z kilkoma atrakcjami. Treport i Mers-les-Bains to miasteczka położone po obu stronach rzeki Bresle przy jej ujściu do morza. Tworzą one w zasadzie trójmiasto, doliczając znajdujące się dalej w głębi lądu Eu, po którego uliczkach autobus kursowy trochę "pobłądził" przed dojazdem na miejsce. Wzdłuż rzeki Bresle biegnie granica Pikardii i Normandii, więc Treport po zachodniej stronie to już w zasadzie miejscowość normandzka. Przeprawiamy się przez rzekę Bresle rozdzieloną na dwa kanały i baseny portowe. Ze względu na pływy brzegi jej obudowane są potężnym murem oporowym. Jest także śluza. Z tarasów nadrzecznych ładne widoki na Treport osadzony tuż pod kredowymi skałami. Podchodzimy na wzgórze z kościołem parafialnym św Jakuba. Jak w typowych nadbrzeżnych lokalizacjach wewnątrz jest trochę motywów związanych z morzem, np. obraz Chrystusa sterującego łodzią albo sieci rybackie. Ciekawym motywem w jednej z kaplic jest także drewniana figura konia. Sama osada składa się z siatki równoległych i prostopadłych uliczek tworzących wąskie kwartały zabudowy. Część domów zbudowana tradycyjnie z ciemnego kamienia lub cegły, ostatnia linia przy nabrzeżu to długi blok z ogrodem na dachu. Nad wszystkim góruje kamienny ratusz. Obok niego mijamy kolorowy mural. Na końcu falochronu portowego stoi zielona latarnia morska. Przy niej sporo wędkarzy. Ale sam koniec falochronu niezbyt ciekawy. Sporo tam śmieci i pachnie moczem. W każdym razie rozpościerają się stamtąd widoki na plażę i klify. Plaża jest kamienista z tysiącem ładnych otoczaków. Zazwyczaj to białe fragmenty kredy oraz znajdujące się w niej buły krzemienne. Czasem trafi się nawet ciekawa konkrecja wewnątrz. Te kamyki wydają charakterystyczny dźwięk przy uderzeniu fal. Morze w tym miejscu szumi trochę inaczej niż nad Bałtykiem. Plaże w Treport i Mers są dosyć strome, choć z góry tego nie widać. Do samej wody schodzi się jakieś 0,5-1 m po usypisku. Rano fale były dość wysokie i w Treport tylko zamoczyliśmy nogi. Był jeszcze przypływ, a pogoda tego dnia była raczej taka sobie. Nie lało, ale było dużo chmur, dość chłodno i silny wiatr. Takie specyficzne dla wybrzeży normandzkich czy angielskich światło sprawiało, że fajnie wyglądały z tej perspektywy klify i zielone łąki na klifach. Wprawne oko wypatrzeć może jaskinie u podnóża urwiska
Do góry można wjechać bezpłatną kolejką typu funiculaire. Przebija się ona tunelem przez skałę. Na szczycie wzgórza ustawiono krzyż. Od niego prowadzi kilkusetmetrowa widokowa promenada biegnąca przez ekologiczne pastwiska do drogowskazu na szczycie wzgórza. Spotkanie z kolejnym osiołkiem (w zasadzie mułem). W dół w stronę miasta zejść można po schodach z pięknymi widokami na Treport oraz położone po drugiej stronie rzeki Mers-les-Bains. Kamienne domy, mewy, poezja Baudelaire'a na tabliczkach.
Mers-les-Bains to uzdrowisko z czasów belle-epoque. W centrum jest wielki plac o nazwie Marche. Kiedyś targowy, dziś raczej reprezentacyjny. Jest fontanna, klomby i namiot cyrkowy. Wzdłuż plaży ciągnie się elegancka promenada. Ponad nią secesyjna zabudowa willowa w normandzkim stylu. Jest też sporo straganów z łakociami, pamiątkami, a nawet książkami. Kamienista plaża ciągnie się do drugiego białego klifu. W morze wychodzą, co jakiś czas solidne betonowe falochrony inne niż na naszym wybrzeżu, gdzie zazwyczaj są to szpalery drewnianych pni wbitych w dno. Białe domki na kamieniach to przebieralnie. Można je wynająć, ale odpłatnie. Chętnych na to generalnie nie widać, aczkolwiek dzień był niespecjalnie kąpieliskowy. Nie ma jak na naszych plażach publicznie dostępnych parawanów. Trochę ludzi jednak się kąpie. Starszy pan z deską surfingową i wiosłem poszedł na większe fale. Całkiem nieźle sobie radził, chociaż zaliczył parę wywrotek. Zrobiło się trochę cieplej i większy odpływ, więc Krystian też poszedł poszaleć na falach. A mewy buszują na brzegu.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Calais
Calais leży w najwęższym miejscu kanału La Manche, gdzie brzegi Francji i Anglii zbliżają się do siebie najbardziej. Z falochronu portowego widać białe skały w Dover czy w okolicy, aczkolwiek aparat w smartfonie nie jest jednak tak doskonały jeśli chodzi o przybliżenia, w każdym razie za wielkim drobnicowcem można dostrzec brzeg na horyzoncie. Plaża w Calais jest piaszczysta i dość obszerna, a w czasie odpływu znacznie się wydłuża, więc po 2-godzinnym pobycie trzeba było zasuwać do wody znacznie dalej niż na początku.
Miasto do XVI wieku było w posiadaniu Anglii, a dzisiaj jest też ruchliwym portem do którego zawijają promy z Wysp Brytyjskich (także Irlandii). Śladem angielskiej bytności jest ogród Tudorów otaczający masywny kościół Notre Dame z wysoką wieżą, raczej tylko imitującą średniowieczne pochodzenie. Angielski czasem się słyszy na ulicy, ale żeby przybyszów zza cieśniny było wyjątkowo wielu to nie powiem. Równie dobrze trafiali się Niemcy. No i nielegalni imigranci, którzy koczują przy stacji kolejowej. Mimo wojennych zniszczeń Calais ma sporo atrakcji, także tych zabytkowych: fortyfikacji czy obiektów architektonicznych. Miasto zwiedzaliśmy dość chaotycznie, ponieważ dzień wcześniej okazało się, że nie ma już miejsc na popołudniowe seanse z Dragonem, więc trzeba było do niego podjechać zaraz z rana po wyjściu z pociągu. Zdążyliśmy akurat także dlatego, że w Calais komunikacja autobusowa jest darmowa i działa dość sprawnie, chociaż popołudniu po zejściu z plaży autobusowi do dworca zdarzył się spory poślizg. Ale sam pojazd był jak autokar turystyczny: doubledecker z odkrytym tarasem na górze. Zajęliśmy miejsce na samym przodzie i można było na koniec podziwiać miasto z góry.
Najładniejszym zabytkiem Calais jest ratusz z wysoką wieżą beffroi zrekonstruowaną po wojennych zniszczeniach. W ogrodzie przed budynkiem stoi słynny pomnik Mieszczan dłuta Augusta Rodina - ilustracja historycznego zdarzenia z okresu wojny stuletniej, gdy 6 obywateli dobrowolnie oddało się w ręce króla Anglii, aby ocalić miasto. Mieli zostać straceni, ale wstawiła się za nimi sama królowa angielska. Oprócz tego mamy ogród fantasy z motywami głównie z Alicji z Krainy Czarów. Jest domek herbaciany w kształcie czajnika, krzywe lustra, wielki fotel oraz domek hobbita. Kilka przecznic dalej nad kanałem znajduje się multimedialne muzeum koronek (Cite de la Dentelle et de la Mode). Przy wejściu tematyczny mural. W przestronnym gmachu prezentowane są wystawy ukazujące rozwój rzemiosła i zastosowanie koronek w ubiorze. Na drugim piętrze króluje moda haute-couture. Zrekonstruowano też historyczny warsztat koronczarski. Muzeum dość ciekawe, choć głównie dla pasjonatów tego typu tematyki.
Na Place des Armes głównym placu miasta odwiedziliśmy targ. Sporo było tam stoisk z serami, ale także z poławianymi w okolicy rybami i owocami morza. Przy starej wieży wskazującej drogę do portu Tour Guet znajduje się fontanna oraz pomnik Charlesa de Gaulle'a wraz z małżonką, która pochodziła właśnie z Calais. Nowsza latarnia morska znajduje się bliżej portu i kwadratowego basenu na froncie miejskiej zabudowy. Jednak tego dnia była zamknięta, a może zwiedzanie trzeba wcześniej zgłosić? Z dragonem takiego problemu nie było. Wspomniany smok ma swój wielki garaż tuż przy plaży. Przejażdżka trwa jakieś pół godziny. Potwór robi pętlę fragmentem promenady, rano trochę bliżej swojej "siedziby", potem nieco dalej bliżej plaży. Porusza się bardzo wolno - musi zresztą uważać na licznych gapiów, którzy przyglądają się spektaklowi. Maszynę prowadzi bodaj 6 osób odpowiedzialnych za sam ruch lawety jak i poruszanie się różnych części ciała smoka, wysuwanie języka i efekty specjalne, czyli prychanie wodą i zianie ogniem (znacznie rzadziej). Smok kręci głową, otwiera i zamyka czerwone oczy, ryczy i rozpościera skrzydła. Pomysłodawcą biznesu był Francois Delaroziere, artysta i performer, który pierwsze tego typu przedsięwzięcie otwarł w Nantes na wyspie na Loarze w 2007 roku. Smok pojawił się w Calais w roku 2019, a podobne atrakcje obejrzeć można jeszcze w Tuluzie i La Roche sur Yon. Raz w życiu na grzbiecie przejechać się trzeba, ale znacznie efektowniej wygląda to z dołu, kiedy smok kroczy dostojnie wśród ludzi i budek wokół plaży. Z kosza u góry widać mniej, zwłaszcza że jest tam dość ciasno. Na raz wchodzi na górę około 50 osób. Zainteresowanie jest w każdym razie spore i bestia robi wrażenie. Nawet na psach. Jeden z nich obszczekał porządnie sunącego potwora, ale kiedy ten prychnął w jego stronę wodą czmychnął w te pędy.
Calais leży w najwęższym miejscu kanału La Manche, gdzie brzegi Francji i Anglii zbliżają się do siebie najbardziej. Z falochronu portowego widać białe skały w Dover czy w okolicy, aczkolwiek aparat w smartfonie nie jest jednak tak doskonały jeśli chodzi o przybliżenia, w każdym razie za wielkim drobnicowcem można dostrzec brzeg na horyzoncie. Plaża w Calais jest piaszczysta i dość obszerna, a w czasie odpływu znacznie się wydłuża, więc po 2-godzinnym pobycie trzeba było zasuwać do wody znacznie dalej niż na początku.
Miasto do XVI wieku było w posiadaniu Anglii, a dzisiaj jest też ruchliwym portem do którego zawijają promy z Wysp Brytyjskich (także Irlandii). Śladem angielskiej bytności jest ogród Tudorów otaczający masywny kościół Notre Dame z wysoką wieżą, raczej tylko imitującą średniowieczne pochodzenie. Angielski czasem się słyszy na ulicy, ale żeby przybyszów zza cieśniny było wyjątkowo wielu to nie powiem. Równie dobrze trafiali się Niemcy. No i nielegalni imigranci, którzy koczują przy stacji kolejowej. Mimo wojennych zniszczeń Calais ma sporo atrakcji, także tych zabytkowych: fortyfikacji czy obiektów architektonicznych. Miasto zwiedzaliśmy dość chaotycznie, ponieważ dzień wcześniej okazało się, że nie ma już miejsc na popołudniowe seanse z Dragonem, więc trzeba było do niego podjechać zaraz z rana po wyjściu z pociągu. Zdążyliśmy akurat także dlatego, że w Calais komunikacja autobusowa jest darmowa i działa dość sprawnie, chociaż popołudniu po zejściu z plaży autobusowi do dworca zdarzył się spory poślizg. Ale sam pojazd był jak autokar turystyczny: doubledecker z odkrytym tarasem na górze. Zajęliśmy miejsce na samym przodzie i można było na koniec podziwiać miasto z góry.
Najładniejszym zabytkiem Calais jest ratusz z wysoką wieżą beffroi zrekonstruowaną po wojennych zniszczeniach. W ogrodzie przed budynkiem stoi słynny pomnik Mieszczan dłuta Augusta Rodina - ilustracja historycznego zdarzenia z okresu wojny stuletniej, gdy 6 obywateli dobrowolnie oddało się w ręce króla Anglii, aby ocalić miasto. Mieli zostać straceni, ale wstawiła się za nimi sama królowa angielska. Oprócz tego mamy ogród fantasy z motywami głównie z Alicji z Krainy Czarów. Jest domek herbaciany w kształcie czajnika, krzywe lustra, wielki fotel oraz domek hobbita. Kilka przecznic dalej nad kanałem znajduje się multimedialne muzeum koronek (Cite de la Dentelle et de la Mode). Przy wejściu tematyczny mural. W przestronnym gmachu prezentowane są wystawy ukazujące rozwój rzemiosła i zastosowanie koronek w ubiorze. Na drugim piętrze króluje moda haute-couture. Zrekonstruowano też historyczny warsztat koronczarski. Muzeum dość ciekawe, choć głównie dla pasjonatów tego typu tematyki.
Na Place des Armes głównym placu miasta odwiedziliśmy targ. Sporo było tam stoisk z serami, ale także z poławianymi w okolicy rybami i owocami morza. Przy starej wieży wskazującej drogę do portu Tour Guet znajduje się fontanna oraz pomnik Charlesa de Gaulle'a wraz z małżonką, która pochodziła właśnie z Calais. Nowsza latarnia morska znajduje się bliżej portu i kwadratowego basenu na froncie miejskiej zabudowy. Jednak tego dnia była zamknięta, a może zwiedzanie trzeba wcześniej zgłosić? Z dragonem takiego problemu nie było. Wspomniany smok ma swój wielki garaż tuż przy plaży. Przejażdżka trwa jakieś pół godziny. Potwór robi pętlę fragmentem promenady, rano trochę bliżej swojej "siedziby", potem nieco dalej bliżej plaży. Porusza się bardzo wolno - musi zresztą uważać na licznych gapiów, którzy przyglądają się spektaklowi. Maszynę prowadzi bodaj 6 osób odpowiedzialnych za sam ruch lawety jak i poruszanie się różnych części ciała smoka, wysuwanie języka i efekty specjalne, czyli prychanie wodą i zianie ogniem (znacznie rzadziej). Smok kręci głową, otwiera i zamyka czerwone oczy, ryczy i rozpościera skrzydła. Pomysłodawcą biznesu był Francois Delaroziere, artysta i performer, który pierwsze tego typu przedsięwzięcie otwarł w Nantes na wyspie na Loarze w 2007 roku. Smok pojawił się w Calais w roku 2019, a podobne atrakcje obejrzeć można jeszcze w Tuluzie i La Roche sur Yon. Raz w życiu na grzbiecie przejechać się trzeba, ale znacznie efektowniej wygląda to z dołu, kiedy smok kroczy dostojnie wśród ludzi i budek wokół plaży. Z kosza u góry widać mniej, zwłaszcza że jest tam dość ciasno. Na raz wchodzi na górę około 50 osób. Zainteresowanie jest w każdym razie spore i bestia robi wrażenie. Nawet na psach. Jeden z nich obszczekał porządnie sunącego potwora, ale kiedy ten prychnął w jego stronę wodą czmychnął w te pędy.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
- sleepwalker
- Doświadczony
- Posty: 294
- Rejestracja: 3 sty 2016, o 21:13
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Mega ten smok 

Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Wieczorami też są chyba jakieś imprezy ze smokiem. Już bez przejażdżek, ale smok kręci się po promenadzie. Może jest jakoś oświetlony. Niestety żeby się przekonać trzeba by było nocować w Calais, bo tak musieliśmy się zwinąć dość wcześnie. Ostatni pociąg do Amiens odjeżdżał gdzieś po 19, a jedzie około 2 godziny. We Francji, jako że to daleko na zachodzie, ściemniało się tak gdzieś przed 22.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Abbeville
Miasteczko odwiedziliśmy wracając znad morza z Treport. Leży nad Sommą, która podobnie jak w Amiens rozdziela się na kilka koryt otaczających centrum miasta z obu stron. Abbeville nie miało szczęścia zarówno w 1940 jak i w 1944. Na początku wojny było ostatnim punktem oporu przed zamknięciem oblężenia armii sojuszniczych w północnej Francji, więc walki były tu szczególnie zacięte. Podobnie po desancie w Normandii Abbeville stanowiło ważny węzeł drogowy, stąd było wielokrotnie bombardowane. Zniszczono większość śródmieścia. Dzisiaj wokół głównego placu z fontanną mamy zabudowę w typu "nowohuckim" z konstruktywistycznym ratuszem w środku. Ciekawe, że domy budowano przesklepiając ulicę. Dawniej ruch był może niewielki, ale dziś chyba niezbyt przyjemnie żyje się w mieszkaniu w którym poniżej podłogi jeżdżą auta. W otoczeniu tych nowych bloczków stoi zrekonstruowana kolegiata św Wulframa, piękny gotycki zabytek z XV wieku. Mocno ucierpiała w czasie II wojny światowej, jej zachodnia fasada jest jednak autentyczna, jak również pewne obiekty w środku. Część z tych rzeźb czy ołtarzy wewnątrz kościoła zachowało się niestety tylko we fragmentach. Innym ważnym zabytkiem Abbeville jest położona nieco w bok od rynku wieża Boucher de Perthes, czyli lokalne beffroi. Znajdujące się w niej muzeum jest aktualnie zamknięte, cały zabytek wymaga chyba remontu i jest odgrodzony płotem. W tej części miasta zachowało się kilka bocznych uliczek z autentyczną starą zabudową. Odwiedzamy też niewielki ogród otaczający rezydencję czy dawny hotel Emonville. Są tu szklarnie, sadzawka i ozdobne rzeźby. Albert
Odwrotnie jak Abbeville to pikardyjskie miasteczko raczej nie stało na szlaku bombardowań czy przemarszów armii w czasie II wojny światowej, natomiast walki na pewno były tu prowadzone kilkadziesiąt lat wcześniej w 1916 roku, kiedy fronty zatrzymały się tu przez długi okres i prowadzono wielomiesięczną bitwę nad Sommą. W każdym razie dziś Albert to senne miasteczko z charakterystyczną dla Pikardii ceglaną zabudową. Sam dworzec kolejowy zbudowany z cegły stanowi wstęp do galerii tego typu architektury. Już z daleka wyróżnia się wysoka wieża bazyliki Notre Dame de Brebieres ze złotą figurą na szczycie kopuły. Wewnątrz kościół jest w stylu bizantyńskim z ładnymi mozaikami i malowidłami. Akurat był otwarty, choć trafiliśmy na wstęp do mszy pogrzebowej. Pod prezbiterium kościoła przepływa odnoga rzeczki Ancre przepływającej przez miasto. Swoją drogą ciekawe, że świątynię zbudowano nad korytem potoku. Pod kościołem zaczyna się też podziemna trasa Muzeum Bitwy nad Sommą prowadząca tunelem, aż do wyjścia w miejscowym parku. W czasie bitwy w tych podziemiach ukrywali się żołnierze. Muzeum przedstawia liczne diaporamy ukazujące rozmaite sceny wojenne: domek radiotelegrafisty w okopach, szpital polowy, kantynę, itp. Nie stroni przy tym od realizmu w ukazywaniu dość makabrycznych sytuacji. Mamy też makiety okopów. Wystawiono mnóstwo pamiątek znalezionych na polu bitwy: odznaczenia poszczególnych oddziałów, ekwipunek żołnierzy, czapki, łuski od pocisków. Część z nich przerobiono na ozdobne flakoniki. Fragment tunelu dźwiękiem i światłem imituje wybuchy w czasie bitwy. Ostrzega się że w tym miejscu nie mogą przebywać osoby wrażliwe na miganie, np. chore na epilepsję. Można też dowiedzieć się o rozmaitych osobach, które walczyły w tym miejscu. Od zawodowych wojskowych typu Ferdinand Foch, czy niemiecki as lotnictwa Manfred von Richthofen po słynnego pisarza Johna Tolkiena. Park po drugiej stronie tunelu też jest uroczy. Zajmuje teren przy dawnym murze obronnym i znajdują się tutaj sztuczne kaskady wspomnianej rzeki Ancre oraz dawna młynówka. Przechodzimy uliczkami miasta mijając mural o tematyce wojskowej i dochodzimy do placu przy ratuszu. To także efektowny budynek z wysoką wieżą. Dziwi że stać na taki gmach było malutkie miasteczko. Obok w dawnych halach targowych mieści się lokalny teatr.
Miasteczko odwiedziliśmy wracając znad morza z Treport. Leży nad Sommą, która podobnie jak w Amiens rozdziela się na kilka koryt otaczających centrum miasta z obu stron. Abbeville nie miało szczęścia zarówno w 1940 jak i w 1944. Na początku wojny było ostatnim punktem oporu przed zamknięciem oblężenia armii sojuszniczych w północnej Francji, więc walki były tu szczególnie zacięte. Podobnie po desancie w Normandii Abbeville stanowiło ważny węzeł drogowy, stąd było wielokrotnie bombardowane. Zniszczono większość śródmieścia. Dzisiaj wokół głównego placu z fontanną mamy zabudowę w typu "nowohuckim" z konstruktywistycznym ratuszem w środku. Ciekawe, że domy budowano przesklepiając ulicę. Dawniej ruch był może niewielki, ale dziś chyba niezbyt przyjemnie żyje się w mieszkaniu w którym poniżej podłogi jeżdżą auta. W otoczeniu tych nowych bloczków stoi zrekonstruowana kolegiata św Wulframa, piękny gotycki zabytek z XV wieku. Mocno ucierpiała w czasie II wojny światowej, jej zachodnia fasada jest jednak autentyczna, jak również pewne obiekty w środku. Część z tych rzeźb czy ołtarzy wewnątrz kościoła zachowało się niestety tylko we fragmentach. Innym ważnym zabytkiem Abbeville jest położona nieco w bok od rynku wieża Boucher de Perthes, czyli lokalne beffroi. Znajdujące się w niej muzeum jest aktualnie zamknięte, cały zabytek wymaga chyba remontu i jest odgrodzony płotem. W tej części miasta zachowało się kilka bocznych uliczek z autentyczną starą zabudową. Odwiedzamy też niewielki ogród otaczający rezydencję czy dawny hotel Emonville. Są tu szklarnie, sadzawka i ozdobne rzeźby. Albert
Odwrotnie jak Abbeville to pikardyjskie miasteczko raczej nie stało na szlaku bombardowań czy przemarszów armii w czasie II wojny światowej, natomiast walki na pewno były tu prowadzone kilkadziesiąt lat wcześniej w 1916 roku, kiedy fronty zatrzymały się tu przez długi okres i prowadzono wielomiesięczną bitwę nad Sommą. W każdym razie dziś Albert to senne miasteczko z charakterystyczną dla Pikardii ceglaną zabudową. Sam dworzec kolejowy zbudowany z cegły stanowi wstęp do galerii tego typu architektury. Już z daleka wyróżnia się wysoka wieża bazyliki Notre Dame de Brebieres ze złotą figurą na szczycie kopuły. Wewnątrz kościół jest w stylu bizantyńskim z ładnymi mozaikami i malowidłami. Akurat był otwarty, choć trafiliśmy na wstęp do mszy pogrzebowej. Pod prezbiterium kościoła przepływa odnoga rzeczki Ancre przepływającej przez miasto. Swoją drogą ciekawe, że świątynię zbudowano nad korytem potoku. Pod kościołem zaczyna się też podziemna trasa Muzeum Bitwy nad Sommą prowadząca tunelem, aż do wyjścia w miejscowym parku. W czasie bitwy w tych podziemiach ukrywali się żołnierze. Muzeum przedstawia liczne diaporamy ukazujące rozmaite sceny wojenne: domek radiotelegrafisty w okopach, szpital polowy, kantynę, itp. Nie stroni przy tym od realizmu w ukazywaniu dość makabrycznych sytuacji. Mamy też makiety okopów. Wystawiono mnóstwo pamiątek znalezionych na polu bitwy: odznaczenia poszczególnych oddziałów, ekwipunek żołnierzy, czapki, łuski od pocisków. Część z nich przerobiono na ozdobne flakoniki. Fragment tunelu dźwiękiem i światłem imituje wybuchy w czasie bitwy. Ostrzega się że w tym miejscu nie mogą przebywać osoby wrażliwe na miganie, np. chore na epilepsję. Można też dowiedzieć się o rozmaitych osobach, które walczyły w tym miejscu. Od zawodowych wojskowych typu Ferdinand Foch, czy niemiecki as lotnictwa Manfred von Richthofen po słynnego pisarza Johna Tolkiena. Park po drugiej stronie tunelu też jest uroczy. Zajmuje teren przy dawnym murze obronnym i znajdują się tutaj sztuczne kaskady wspomnianej rzeki Ancre oraz dawna młynówka. Przechodzimy uliczkami miasta mijając mural o tematyce wojskowej i dochodzimy do placu przy ratuszu. To także efektowny budynek z wysoką wieżą. Dziwi że stać na taki gmach było malutkie miasteczko. Obok w dawnych halach targowych mieści się lokalny teatr.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
W mieszkaniu nad drogą większym problemem od ruchu samochodowego jest temperatura - bardzo trudno takie pomieszczenia ogrzać i bardzo szybko się wyziębiają.
Ciekawe wezwanie katedry.
Piękny dworzec kolejowy - jak mniemam czynny.
Ciekawe wezwanie katedry.
Piękny dworzec kolejowy - jak mniemam czynny.
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Dworzec czynny. W zasadzie nie widziałem we Francji nieczynnego dworca, ale nie wysiadaliśmy w małych miejscowościach. Z drugiej strony Albert liczy niecałe 10 tys. mieszkańców. Ile tego typu miast w Polsce ma czynne dworce kolejowe z kasą, automatami, toaletą, poczekalnią i sklepikiem?
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
Re: Francja: Hauts de France, 4-16 sierpnia 2025
Saint-Quentin
Saint-Quentin leży w górnym biegu Sommy, która przybiera tu postać żeglownego kanału. Jak na rzekę na 15 kilometrze od źródła jest zaskakująco szeroka i podobnie jak w dalszym biegu tworzy szerokie rozlewiska i tereny bagienne. Centrum miasta ze słynną kolegiatą św. Kwintyna zajmuje wzgórze po prawej stronie rzeki. Po lewej znajduje się duży dworzec kolejowy oraz dawne przemysłowe przedmieście. Pomiędzy tymi dzielnicami w dolinie Sommy rozciąga się duży park miejski z ogrodem zoologicznym, parkiem linowym i kąpieliskiem. Z dworca do centrum miasta prowadzi efektowny most drogowy z charakterystycznymi wysokimi kolumnami - pylonami. Święty Kwintyn (Saint-Quentin) był jednym z pierwszych misjonarzy w rzymskiej Galii. Chrzcił, nawracał i nauczał zarówno w Beauvais, Amiens jak i tu w Saint-Quentin. Był prześladowany i ostatecznie zabity właśnie w mieście, którego obecna nazwa pochodzi od jego imienia (ówcześnie Augusta Vermandorum). Jego zwłoki wrzucono do Sommy. Wiele lat później znalazła je w stanie zmumifikowanym pewna rzymska wdowa i pochowała je w kapliczce na wzgórzu. Od tego czasu zaczął się kult świętego i miasto stało się ważnym punktem pielgrzymkowym. Odwiedzili to miejsce m.in. św. Grzegorz z Tours, św. Eligiusz czy liczni królowie i książęta z dynastii Merowingów. Historia kościoła jest dość burzliwa ze względu na graniczne położenie miasta. Z początku były tu dwie świątynie połączone w jedną wielką w okresie gotyku. Kolegiata kilkukrotnie ulegała pożarom w czasie kolejnych wojen i została bardzo poważnie zniszczona w czasie I wojny światowej. Wnętrze jest dość puste, ale na pewno warto zwrócić uwagę na labirynt w posadzce, kamienną scenę ukrzyżowania w bocznej nawie czy wejście do krypty pod ołtarzem. To drugi co do wielkości kościół w Pikardii po Notre Dame w Amiens, choć nigdy nie uzyskał rangi katedry. Saint-Quentin zostało w 80% zniszczone w czasie I wojny światowej, kiedy stało się twierdzą w pruskiej linii Hindenburga. Po wyzwoleniu stworzono plan odbudowy. Efektem jest pojawienie się w mieście szeregu budynków w modnym w latach 20-tych stylu art-deco. Z bardziej efektownych projektów wymienić można np. konserwatorium muzyczne, dom handlowy przy głównej ulicy, a także kasyno na drugim brzegu Sommy. Na zapleczu ratusza jest też dawny targ rybny również w art-deco. Saint-Quentin posiada piękny budynek ratusza przypominający nieco ten w Arras. To główna dominanta rynku. Spokojnymi uliczkami wracamy w dół w stronę Sommy. Po lewej stronie mostu Pont de Isle znajduje się duży pomnik ofiar wojny z widokiem na rozlewisko rzeczne. Stąd przejść można w stronę parku miejskiego. Przy wejściu znajduje się niewielki pawilon informacyjny z wystawą o tematyce ekologicznej opisującą rezerwat przyrodniczy w rozlewiskach Sommy. Główna aleja prowadzi do niewielkiego ogrodu zoologicznego zwanego Isle Sauvage oraz Farmą z 5 kontynentów. W pierwszej części oglądamy zwierzęta bardziej dzikie: emu, surykatki, lemury, afrykańska antylopa czy sarna - sitatunga. Najciekawsze są tu niewielkie małpki sajmiri czepiające się krat i zręcznie skaczące pomiędzy gałęziami na wybiegu. W drugiej części znajdują się głównie zwierzęta hodowlane: bydło, kozy, kury, indyki, lamy i kucyki. Ze sporej liczby muzeów dostępnych w Saint-Quentin zwiedziliśmy jedno. To placówka zlokalizowana w dawnych halach fabrycznych na lewym brzegu Sommy. Kiedyś firma Motobecane - dawna francuska marka produkująca głównie motocykle, motorowery oraz rowery, także nieliczne samochody. W końcu lat 80-tych została wykupiona przez japoński koncern Yamaha i produkcja została definitywnie przeniesiona do Azji. W części ekspozycji poświęconej pojazdom mamy liczny zbiór modeli motocykli z różnych lat. Krystian posprawdzał, które z nich miały najlepsze osiągi i wyszło, że maszyna oznaczona numerem seryjnym 1300 przeznaczona dla patroli policyjnych. Wyciągała do 220 km/h. Na hali jest też sporo rowerów, w tym modele wyścigowe startujące z powodzeniem w Tour de France. Reszta ekspozycji ukazuje stare warsztaty rzemieślnicze oraz sklepy z rozmaitymi towarami. Mamy więc producenta beczek, dawną pralnię, aptekę, sklep papierniczy, księgarnię, itp. Wszystko tworzy swoistą "wioskę". Na głównym placu pograć można w różne staroświeckie gry: drewniane piłkarzyki, koło fortuny, czy piramidę na którą za pomocą dwóch linek należy wtoczyć kulkę tak aby po drodze nie wypadła. Na parterze przy recepcji obejrzeć można z kolei stary tramwaj miejski oraz makietę miejscowego dworca kolejowego. Obok w salce posłuchać można pokazu gry na katarynce. W hallu na piętrze "w starym kinie" obejrzymy seans starych reklam z lat 60-tych czy 70-tych.
Saint-Quentin leży w górnym biegu Sommy, która przybiera tu postać żeglownego kanału. Jak na rzekę na 15 kilometrze od źródła jest zaskakująco szeroka i podobnie jak w dalszym biegu tworzy szerokie rozlewiska i tereny bagienne. Centrum miasta ze słynną kolegiatą św. Kwintyna zajmuje wzgórze po prawej stronie rzeki. Po lewej znajduje się duży dworzec kolejowy oraz dawne przemysłowe przedmieście. Pomiędzy tymi dzielnicami w dolinie Sommy rozciąga się duży park miejski z ogrodem zoologicznym, parkiem linowym i kąpieliskiem. Z dworca do centrum miasta prowadzi efektowny most drogowy z charakterystycznymi wysokimi kolumnami - pylonami. Święty Kwintyn (Saint-Quentin) był jednym z pierwszych misjonarzy w rzymskiej Galii. Chrzcił, nawracał i nauczał zarówno w Beauvais, Amiens jak i tu w Saint-Quentin. Był prześladowany i ostatecznie zabity właśnie w mieście, którego obecna nazwa pochodzi od jego imienia (ówcześnie Augusta Vermandorum). Jego zwłoki wrzucono do Sommy. Wiele lat później znalazła je w stanie zmumifikowanym pewna rzymska wdowa i pochowała je w kapliczce na wzgórzu. Od tego czasu zaczął się kult świętego i miasto stało się ważnym punktem pielgrzymkowym. Odwiedzili to miejsce m.in. św. Grzegorz z Tours, św. Eligiusz czy liczni królowie i książęta z dynastii Merowingów. Historia kościoła jest dość burzliwa ze względu na graniczne położenie miasta. Z początku były tu dwie świątynie połączone w jedną wielką w okresie gotyku. Kolegiata kilkukrotnie ulegała pożarom w czasie kolejnych wojen i została bardzo poważnie zniszczona w czasie I wojny światowej. Wnętrze jest dość puste, ale na pewno warto zwrócić uwagę na labirynt w posadzce, kamienną scenę ukrzyżowania w bocznej nawie czy wejście do krypty pod ołtarzem. To drugi co do wielkości kościół w Pikardii po Notre Dame w Amiens, choć nigdy nie uzyskał rangi katedry. Saint-Quentin zostało w 80% zniszczone w czasie I wojny światowej, kiedy stało się twierdzą w pruskiej linii Hindenburga. Po wyzwoleniu stworzono plan odbudowy. Efektem jest pojawienie się w mieście szeregu budynków w modnym w latach 20-tych stylu art-deco. Z bardziej efektownych projektów wymienić można np. konserwatorium muzyczne, dom handlowy przy głównej ulicy, a także kasyno na drugim brzegu Sommy. Na zapleczu ratusza jest też dawny targ rybny również w art-deco. Saint-Quentin posiada piękny budynek ratusza przypominający nieco ten w Arras. To główna dominanta rynku. Spokojnymi uliczkami wracamy w dół w stronę Sommy. Po lewej stronie mostu Pont de Isle znajduje się duży pomnik ofiar wojny z widokiem na rozlewisko rzeczne. Stąd przejść można w stronę parku miejskiego. Przy wejściu znajduje się niewielki pawilon informacyjny z wystawą o tematyce ekologicznej opisującą rezerwat przyrodniczy w rozlewiskach Sommy. Główna aleja prowadzi do niewielkiego ogrodu zoologicznego zwanego Isle Sauvage oraz Farmą z 5 kontynentów. W pierwszej części oglądamy zwierzęta bardziej dzikie: emu, surykatki, lemury, afrykańska antylopa czy sarna - sitatunga. Najciekawsze są tu niewielkie małpki sajmiri czepiające się krat i zręcznie skaczące pomiędzy gałęziami na wybiegu. W drugiej części znajdują się głównie zwierzęta hodowlane: bydło, kozy, kury, indyki, lamy i kucyki. Ze sporej liczby muzeów dostępnych w Saint-Quentin zwiedziliśmy jedno. To placówka zlokalizowana w dawnych halach fabrycznych na lewym brzegu Sommy. Kiedyś firma Motobecane - dawna francuska marka produkująca głównie motocykle, motorowery oraz rowery, także nieliczne samochody. W końcu lat 80-tych została wykupiona przez japoński koncern Yamaha i produkcja została definitywnie przeniesiona do Azji. W części ekspozycji poświęconej pojazdom mamy liczny zbiór modeli motocykli z różnych lat. Krystian posprawdzał, które z nich miały najlepsze osiągi i wyszło, że maszyna oznaczona numerem seryjnym 1300 przeznaczona dla patroli policyjnych. Wyciągała do 220 km/h. Na hali jest też sporo rowerów, w tym modele wyścigowe startujące z powodzeniem w Tour de France. Reszta ekspozycji ukazuje stare warsztaty rzemieślnicze oraz sklepy z rozmaitymi towarami. Mamy więc producenta beczek, dawną pralnię, aptekę, sklep papierniczy, księgarnię, itp. Wszystko tworzy swoistą "wioskę". Na głównym placu pograć można w różne staroświeckie gry: drewniane piłkarzyki, koło fortuny, czy piramidę na którą za pomocą dwóch linek należy wtoczyć kulkę tak aby po drodze nie wypadła. Na parterze przy recepcji obejrzeć można z kolei stary tramwaj miejski oraz makietę miejscowego dworca kolejowego. Obok w salce posłuchać można pokazu gry na katarynce. W hallu na piętrze "w starym kinie" obejrzymy seans starych reklam z lat 60-tych czy 70-tych.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/