Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Ciekawe miejsca w Europie oraz relacje z naszych wycieczek.

Moderatorzy: Comen, gar

Regulamin forum
Jeśli dodajesz fotorelację, w tytule nowego wątku koniecznie dodaj prefiks: "Relacja:" i datę wycieczki.
Awatar użytkownika
evil
Fotograf
Posty: 589
Rejestracja: 13 lis 2014, o 08:20
Lokalizacja: Bielsko-Biała

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: evil » 22 sty 2015, o 11:31

O Camino de Santiago usłyszałam od mojego kolegi Leszka. To popularny szlak pielgrzymkowy do grobu Św. Jakuba w Santiago de Compostela w Hiszpanii.
Ponieważ nie jestem zbytnio religijna (jakkolwiek to zabrzmi), dlatego wyjazd na camino potraktowałam raczej jako wyzwanie; chciałam zmierzyć się ze swoimi słabościami, a jednocześnie zobaczyć, jakie są moje mocne strony (i czy w ogóle są... ?? ). Poza tym chciałam poznać coś nowego - inną kulturę, innych ludzi, po prostu przeżyć przygodę.
Leszek namówił na wyjazd naszego wspólnego znajomego Wojtka, a ja zaraziłam pomysłem Małgosię. Ustaliliśmy termin na wrzesień. Na wiosnę kupiliśmy bilety lotnicze z Krakowa do Santander i powrotne z Santiago de Compostela przez Londyn do Krakowa.
Teraz pozostało nam przygotować się logistycznie do tego przedsięwzięcia.
W internecie jest wiele stron opisujących z dość dużą dokładnością wszystkie trasy, łącznie z namiarami na miejsca noclegowe i ciekawym miejscami, które można zobaczyć po drodze. My korzystaliśmy z hiszpańskiego przewodnika: http://www.caminodesantiago.consumer.es

Wszystkie szlaki na camino są oznakowane poprzez często ustawione granitowe słupki z muszlą wskazującą drogę, można też spotkać niebieskie płytki z żółtą muszlą umieszczone na domach i tradycyjnie żółte strzałki.
Ustaliliśmy, że pójdziemy najstarszym szlakiem, czyli Camino Primitivo.
To szlak, który w większości (ale nie całkowicie) omija szosy i prowadzi polnymi lub szutrowymi, czasem wyasfaltowanymi ścieżkami, przez wiecznie zielone tereny
z pięknymi widokami. Jest to szlak średnio górski, niekiedy ze sporą różnicą poziomów, dlatego należy zaplanować poszczególne etapy rozsądnie, żeby nie przeliczyć się z siłami.
Dzień pierwszy – 18.09.09 r. Wylecieliśmy z Krakowa popołudniowym lotem do Santander z międzylądowaniem w Mediolanie. Na miejscu byliśmy wieczorem. Z lotniska podjechaliśmy busem do centrum, a stamtąd mieliśmy rzut beretem do naszego pierwszego albergue (schroniska). Mimo, że było ono bardzo duże, ledwie znalazły się dla nas wolne miejsca. Przed spaniem wyszliśmy pozwiedzać trochę miasto, a właściwie tylko najbliższą okolicę.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień drugi – 19.09.09 r. Rannym pociągiem wyjechaliśmy do oddalonego o prawie 200 km Oviedo, skąd miała rozpocząć się nasza wędrówka. Pociąg jechał piękną trasą: z jednej strony Zatoka Biskajska, z drugiej Góry Kantabryjskie.
W Oviedo najpierw poszliśmy do katedry celem nabycia w tamtejszej kancelarii paszportów pielgrzyma (credencial del peregrino). Na podstawie takiego dokumentu mogliśmy spać w schroniskach dla pielgrzymów. W każdym ze schronisk recepcja przybijała stosowne pieczątki. Ceny noclegów wahały się między 2, a 5 euro.
Ponieważ to była sobota, a akurat trafiliśmy na jakieś święto, miasto było pięknie udekorowane, na ulicach tłumy ludzi, jakaś parada, a później koncerty i zabawa do białego rana (byliśmy na niej może do godz. 22, rano przecież wyruszaliśmy na szlak).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień trzeci – 20.09.09 r. Oviedo - San Juan de Villapanada, 30,5 km To był długi dzień... Pierwszy dzień wędrówki. Musieliśmy wpaść w odpowiedni rytm, nasze plecy musiały przyzwyczaić się do ciężkich plecaków (przez półtora tygodnia, dopóki nie skończyły się nam zapasy jedzenia przywiezionego z Polski, plecaki ważyły 13-15 kg). Pogoda była zmienna – od dużego upału po rzęsisty deszcz. Przechodziliśmy głównie przez małe, mocno zaniedbane wioski, wszędzie czuć było kiszonkę. I właściwie z tym zapachem ( ?? <mysli> ) do dziś kojarzy mi się Hiszpania. Po drodze mijaliśmy plantacje kiwi i olbrzymie pola kukurydzy. Może to nieładnie z naszej strony, ale niejednokrotnie „poczęstowaliśmy się” kolbami kukurydzy uznając to za podstawowy posiłek pielgrzyma :) . W jednej wiosce, właściwie już na jej końcu rosło drzewo figowe, a na nim mnóstwo owoców. Wow, figi... u nas tylko na straganie i w supermarkecie. Rzuciliśmy się na to drzewo, jak dzieciaki. Nagle kątem oka dostrzegam, że biegnie w naszym kierunku dość korpulentna, starsza pani. Myślę sobie – no to kaplica, wstyd, jak cholera, pewnie się nam dostanie... A pani chodziło o to, żebyśmy zbierali figi z górnych gałęzi, bo tam są słodsze. I tacy właśnie są Hiszpanie. Przez całe camino wiele razy doświadczyliśmy ich życzliwości i bezinteresowności <brawo> .

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień czwarty -21.09.09 r. San Juan de Villapanada - Bodenaya, 27 km Wszystkie nasze dni wyglądały tak samo, zmieniała się tylko sceneria – wcześnie rano pobudka, toaleta, śniadanie i w drogę. Ok. południa robiliśmy sobie sjestę w jakichś pięknych okolicznościach przyrody, a ok. godz.15, czasem 16 przychodziliśmy do kolejnego albergue. A tam najpierw trzeba było dokonać meldunku i uiścić opłatę, a potem jakoś się ogarnąć, czyli wykąpać, zrobić pranie, zjeść, a jeśli w okolicy było coś ciekawego, wychodziliśmy zwiedzać.
W tym dniu przechodziliśmy obok opuszczonego klasztoru San Salvador de Cornellana oraz przez zabytkowe miasteczko Salas. Początkowo planowaliśmy w nim spać, ale albergue nie przypadło nam do gustu, poszliśmy więc dalej do Bodenaya. Gospodarz albergue, Aleksandro okazał się bardzo symatyczny, dla wszystkich gości zrobił kolację (spaghetti), częstował winem i ciastem. Opłata za kolację, śniadanie i nocleg – donativo (w wolnym tłumaczeniu - co łaska).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień piąty – 22.09.09 r. Bodenaya - Borres, 27 km Ten etap trochę zmodyfikowaliśmy, bo zamiast w Tineo, spaliśmy w Borres. Pod drodze odbiliśmy ok.800 m w bok i zwiedziliśmy opuszczony klasztor Santa Maria Del Real w Obonie. Za Tineo zrobiliśmy sobie piknik.
Do położonego na uboczu albergue doszliśmy późno, po godz.16. Zaraz po nas przyszło 4 młodych Włochów i dla nich już nie było łóżek, spali na podłodze na werandzie. Dobrze, że noc była bardzo ciepła.
W albergue widzimy te same osoby, które poznaliśmy na początku naszej wędrówki, często zresztą mijaliśmy się po drodze – sympatyczne starsze małżeństwo z Kanady, trzyosobowa rodzinka z Hiszpanii, dwóch Francuzów – szybkobiegaczy (zawsze gdzieś nas wyprzedzali) :-) Tutaj również opłata była donativo, nie było gospodarza, pieniądze wrzucało się do puszki. Poszliśmy wcześnie spać, bo na następny dzień czekał nas trudny etap.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień szósty – 23 września'09 Borres - Berducedo, 28 km Wybraliśmy drugi wariant drogi przez Sierra Fonfaraón. Zaczyna się ok. 1km za Borres i prowadzi ścieżką w prawo do tzw. szlaku dawnych szpitali dla pielgrzymów (po hiszpańsku La Ruta de los Hospitales). Trzeba wspiąć się na ok. 1200 m npm po drodze mijając ruiny szpitali Paradiella, Fonfaraón i Valparaíso.
Ponieważ jak wychodziliśmy z albergue było jeszcze bardzo ciemno, pobłądziliśmy.
Najpierw ja z Gosią. Nasi koledzy wypruli do przodu, a my jeszcze chyba nie obudzone (w tym dniu musieliśmy wstać o godz.5) źle skręciłyśmy na rozwidleniu. Dopiero po przejściu ok.0,5 km połapałyśmy się, że coś jest nie tak. Do dzisiaj twierdzimy, że to Leszek z Wojtkiem chcieli się nas pozbyć i prawie im się udało !! :[ .
Potem - już wszyscy razem - zabłądziliśmy w górach. Trochę nam zajęło odnalezienie właściwej ścieżki.
Trasa jest przepiękna, na przełęczy Puerto del Palo łączy się z wariantem oficjalnym. Z przełęczy trzeba jeszcze podejść trochę pod górę, potem jest zejście do Montefurado.
W tym dniu był niesamowity upał, po drodze nie było żadnego źródła wody pitnej, nasze zapasy były już na wykończeniu, a przed nami szmat drogi... Doszliśmy do Montefurado – to kamienna, praktycznie opuszczona wioska, może w dwóch-trzech domach ktoś mieszka. Weszłam na pierwsze z brzegu podwórko,na schodach siedział staruszek, zapytałam, czy możemy nabrać wody, zgodził się od razu.
Po godz. 15 byliśmy w Berducedo, jak zwykle rzutem na taśmę. Jeszcze trochę i nie mielibyśmy gdzie spać.

Ciąg dalszy nastąpi :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

https://picasaweb.google.com/1105764893 ... /SANTANDER
https://picasaweb.google.com/1105764893 ... 770/OVIEDO
https://picasaweb.google.com/1105764893 ... OPRIMITIVO

Awatar użytkownika
germ@n
Administrator Forum
Posty: 7779
Rejestracja: 19 wrz 2010, o 23:06
Lokalizacja: phpBB 3.2

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: germ@n » 22 sty 2015, o 14:36

Piękna wyprawa, ale też pewnie ciężka fizycznie i logistycznie.
Zdjęcie z krówkami na drodze najlepsze. :)
Czy szlak (muszla św. Jakuba) na każdym odcinku jest dobrze oznaczony?
Jak wygląda oznakowanie na terenie Hiszpanii?
Mam na myśli inne piesze szlaki górskie.

Awatar użytkownika
evil
Fotograf
Posty: 589
Rejestracja: 13 lis 2014, o 08:20
Lokalizacja: Bielsko-Biała

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: evil » 22 sty 2015, o 20:07

Galicjanin pisze:Piękna wyprawa
Dziękuję :)
Galicjanin pisze:ale też pewnie ciężka fizycznie i logistycznie.
nie aż tak, jakby się mogło wydawać.
Galicjanin pisze:Czy szlak (muszla św. Jakuba) na każdym odcinku jest dobrze oznaczony?
Szlaki są bardzo dobrze oznakowane i łatwo wszędzie trafić, chyba, że się zagapisz lub idziesz po ciemku :)
Galicjanin pisze:ak wygląda oznakowanie na terenie Hiszpanii?
Mam na myśli inne piesze szlaki górskie.
Na camino spotkałam tylko standardowe oznakowanie dla pielgrzymów, jak pisałam na wstępie - muszle, słupki i strzałki.

Obrazek Obrazek Obrazek

Natomiast w Sierra Nevada szliśmy po bardzo wyraźnych ścieżkach lub za tyczkami. Podobno Hiszpanie poruszają się w górach korzystając z kompasów, ale nie mogę tego potwierdzić, ponieważ wtedy nikogo oprócz nas tam nie było (to był luty).
Obrazek

Awatar użytkownika
Remi
Zasłużony
Posty: 558
Rejestracja: 21 maja 2013, o 22:41
Lokalizacja: Bielsko Biała

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: Remi » 22 sty 2015, o 21:08

a jak wygląda sprawa z noclegami i wyżywieniem? Czy coś z suchych posiłków zabieraliście?

Awatar użytkownika
Comen
Jr. Admin
Posty: 4629
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: Comen » 22 sty 2015, o 22:56

Krajobrazy wciągające - zielona Hiszpania. Krówki to czy byki na corridę? <mysli> <szok>
Czy nadal istnieje to połączenie bezpośrednie z Krakowa do Santander i czy jest także w odwrotnym kierunku?
Jak wrażenia z większych miast np. Santander i Oviedo?
Czy duży ruch na szlaku (turyści, pielgrzymi)?
Galicjanin pisze: Jak wygląda oznakowanie na terenie Hiszpanii?
Mam na myśli inne piesze szlaki górskie.
Z tego co wiem podobnie jak we Francji czyli szlaki są podzielone na Gran Recorridos te najważniejsze znakowane pasami biało-czerwonymi i Pequenos Recorridos czyli te krótsze, boczne znakowane pasami biało-żółtymi.
Por. http://es.wikipedia.org/wiki/Senderismo
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Wiolcia
Fan podróżowania
Posty: 141
Rejestracja: 24 paź 2014, o 14:52

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: Wiolcia » 22 sty 2015, o 23:45

Dzięki, evil, że wkleiłaś tę relację, bo Camino jest gdzieś ciągle w moich planach, choć myślałam o tej najbardziej standardowej trasie.
Wrzesień to chyba lepsza pora na tę Drogę - skoro i tak były problemy z noclegami, to co tam musi się dziać w wakacje?
Bardzo klimatyczne są te wioseczki i kościoły. A zdjęcia z gór - bajkowe! Piękny wschód i piękne mgły się Wam trafiły - to pewnie nagroda za wcześniejsze zbłądzenie.
Czekam na ciąg dalszy!

Awatar użytkownika
evil
Fotograf
Posty: 589
Rejestracja: 13 lis 2014, o 08:20
Lokalizacja: Bielsko-Biała

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: evil » 23 sty 2015, o 08:36

Remi:
Braliśmy z Polski płatki śniadaniowe Nesvita (dużo, niemal na cały pobyt) i liofilizaty (kilka).
Z noclegami, jak mogłaś wyczytać było tak, że kto pierwszy, ten lepszy :) Chociaż bywały też duże albergues, gdzie nie było takich problemów.

Comen
:
To były krówki, nie byki <lol> Raz spotkaliśmy stado pasących się na pastwisku byków, ale całe szczęście ogrodzenie było pod napięciem (akurat wtedy miałam na sobie coś czerwonego :| ).
Nie wiem, czy istnieje bezpośrednie połączenie lotnicze Kraków-Santander, wtedy nie było.
Santander i Oviedo to bardzo duże miasta, nie mieliśmy czasu, żeby dokładnie je zwiedzić, zresztą chyba wolę małe miasteczka od takich molochów.
Na naszym szlaku nie było dużo ludzi, dopiero od momentu połączenia z trasa francuską (będę dopiero o tym pisać) dało się zauważyć wzmożony ruch :)

Wiolcia:
mogę powiedzieć, że trochę Ty mnie zmobilizowałaś do napisania tej relacji, ciąg dalszy się pisze :)
Myśleliśmy przed wyjazdem o przejściu trasą francuską, argumentem ZA było przejście przez Pireneje, ale potem cieszyliśmy się, że wybraliśmy C.Primitivo, bo jest mniej skomercjalizowane.

Awatar użytkownika
evil
Fotograf
Posty: 589
Rejestracja: 13 lis 2014, o 08:20
Lokalizacja: Bielsko-Biała

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: evil » 24 sty 2015, o 15:04

Dzień siódmy – 24.09.09 r. Berducedo - Grandas de Salime, 21,5 km Z Berducego doszliśmy do La Mesy. Tam też jest albergue. Droga prowadzi w górę aż do Buspol. W miejscowości tej jest wiele elektrowni wiatrowych i przez długi czas towarzyszy nam furkot ich skrzydeł. Roztacza się stąd wspaniały widok. Później szlak obniża się w kierunku miejscowości Salime i zbiornika wodnego; za wsią znów zaczyna się piąć pod górę aż do Grandas de Salime, a dalej ścieżką przez las iglasty okrążając zbiornik i przecinając szosę AS -14.
Albergue w Grandas de Salime jest kiepskie, ale już nie chce się nam iść dalej. Po południu idziemy zwiedzić miasteczko i po raz pierwszy na obiad do baru.
W hiszpańskich barach między godz. 13/14 a 16 można zamówić danie dnia (menu del dia), na które składa się zupa, drugie danie, deser (przeważnie tarta Santiago –pyszna!!! lub lody) i do tego do wyboru wino lub woda. Cena takiego zestawu - od 6 do 11 euro.
Jak już wspomniałam schronisko nie powaliło nas na kolana, ale ludzie w nim byli świetni, było bardzo wesoło. Głównie to Hiszpanie – 4 młodych amigos, wcześniej poznana rodzina i cyklista Juan z Cordoby. Uczył nas hiszpańskich słówek, my jego polskich i wychodziła z tego niezła szopka <hura> .

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzień ósmy – 25.09.09 r.
Grandas de Salime - Padron, 30,5 km W tym dniu mieliśmy do przejścia ok.30 km. Droga prowadziła częściowo przez sosnowe lasy, ale musieliśmy iść również wzdłuż szosy. Opuszczamy Asturię, wkraczamy do Galicji. Przed wyjazdem wyczytałam w necie, że Galicja jest najbardziej deszczową prowincją Hiszpanii; mieliśmy jednak nadzieję, że akurat podczas naszego pobytu nie będzie tak źle. W Galicji następuje zmiana oznakowania szlaku - odwrotna strona muszli wskazuje kierunek i trzeba się do tego przyzwyczaić zwracając uwagę na strzałki.
Po drodze, jak zwykle przechodzimy obok kilku zabytkowych kaplic. Za jedną z nich (San Lazaro) musimy znowu wspiąć się w górę, na wysokość 1024 m npm do Puerto del Acebo. Ok. godz.15 dochodzimy do miejscowości Fonsagrada.
Z ogrodu wybiega jakaś kobieta i częstuje nas schłodzonym winem. Niebo w gębie !! .
Nasze albergue znajduje się 1,5 km za miasteczkiem – w Padron. Po wykonaniu wszystkich „rytualnych” czynności, o których pisałam wcześniej wybraliśmy się zwiedzać Fonsagradę. Tam też zrobiliśmy jakieś zakupy i poszliśmy na obiad.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzień dziewiąty – 26.09.09 r.
Padron - Cadavo Baleira, 24 km To był ostatni dzień, w kórym przebywaliśmy na wysokości ponad 1000 m npm. Szlak był pofałdowany – góra-dół, góra-dół... Znowu prowadził przez lasy, łąki, małe miasteczka.... Do Cadavo Baleira przyszliśmy ok.14. Albergue było bardzo ładne i dobrze wyposażone. Pod wieczór zwiedziliśmy miasteczko. Ciekawostką jest replika kolumny z głównej nawy katedry w Barcelonie, autorstwa A.Gaudiego.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień dziesiąty – 27.09.09 r. Cadavo Baleira – Lugo, 31 km Z albergue wyszliśmy bardzo wcześnie, rozjaśniło się dopiero w Castroverde (tam znajduje się gotycki kościół Św. Jakuba). Poranek był mglisty, ale ok.10 zrobiła się piękna pogoda. Po godz. 13 przychodzimy do Lugo. To jest najstarsze miasto w Galicji, założone w IV-III w. pne przez Paolo Fabio Maximo; stare miasto otoczone jest murem z 82 wieżami (pierwotnie było ich 86). Lugo wpisame jest na listę UNESCO. To jedyne miasto z tak dobrze zachowanymi i kompletnymi murami rzymskimi z III w. Z tego okresu jest również most na rzece Minho.
Albergue, w kórym spaliśmy znajduje się w obrębie tych murów i jest bardzo duże, więc nie ma problemu z wolnymi miejscami. Tradycyjnie po południu wyszliśmy na miasto.

Ciąg dalszy nastąpi :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Awatar użytkownika
Comen
Jr. Admin
Posty: 4629
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: Comen » 26 sty 2015, o 10:45

Mury w Lugo przypominają trochę mury w Avili. Podobne baszty a nawet ten półokrągły bastion z tyłu kościoła czy katedry
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/

Awatar użytkownika
evil
Fotograf
Posty: 589
Rejestracja: 13 lis 2014, o 08:20
Lokalizacja: Bielsko-Biała

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: evil » 26 sty 2015, o 17:08

Comen pisze:Mury w Lugo przypominają trochę mury w Avili. Podobne baszty a nawet ten półokrągły bastion z tyłu kościoła czy katedry
Nie byłam tam, ale sprawdziłam w necie i uważam, że Avila jest ładniejszym miastem, niż Lugo. :)

Awatar użytkownika
Comen
Jr. Admin
Posty: 4629
Rejestracja: 30 maja 2011, o 00:37
Lokalizacja: Kraków

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: Comen » 26 sty 2015, o 22:20

Ja z kolei nie byłem w Lugo więc trudno mi porównywać, ale migawki z miasta też całkiem ciekawe np. akwedukt czy domki z werandkami
Nie byłem wszędzie, ale mam to na uwadze
A może coś o Szwecji? http://swevirtual.blogspot.com/

Awatar użytkownika
evil
Fotograf
Posty: 589
Rejestracja: 13 lis 2014, o 08:20
Lokalizacja: Bielsko-Biała

Relacja: Camino Primitivo - wrzesień/październik 2009 r.

Post autor: evil » 28 sty 2015, o 19:10

Dzień jedenasty – 28.09.09 r. Lugo – Palas de Rei, 43 km To był najgorszy dzień z całej naszej wyprawy, chociaż o poranku nic na to nie wskazywało.
Wyszliśmy jak zwykle bardzo wcześnie. Miasto dopiero się budziło.
Mieliśmy w planie przejście niecałych 20 km do kolejnego albergue w San Román da Retorta. Wiedzieliśmy, że tam jest tylko 12 miejsc, ale liczyliśmy na … właśnie, na co? Na cud chyba... <bezradny>
Tym razem po drodze nie było żadnych fascynujących widoków, ani ciekawych obiektów, nie licząc nieużywanych już spichlerzy (furrero). Kiedy doszliśmy do albergue okazało się, że są tylko 3 wolne miejsca, a hospitalero nie zgodził się, żeby ktoś spał na podłodze, musieliśmy iść dalej. Według przewodnika kolejne albergue na C.Primitivo było dopiero po 30 km - w Melide. Daleko... Doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie, jak odbijemy
z trasy i pójdziemy do Palas de Rei (ok. 20 km). Nie mieliśmy żadnych notatek na temat tej drogi, poniekąd szliśmy na oślep. Oczywiście w paru miejscach pobłądziliśmy i z 20 km zrobiło się 23. Upał niemiłosierny... Wojtkowi najpierw zrobił się pęcherz na stopie, później pękł, więc szedł mocno obolały. Gosię zaczął boleć kręgosłup. Leszek zabrał od niej plecak i niósł dwa. A ja też byłam na skraju wyczerpania, ledwo powłóczyłam nogami :| .
W Palas de Rei następuje połączenie Camino Primitivo z najbardziej obleganym Camino Francés.
Do miasteczka przyszliśmy z Wojtkiem jako pierwsi.Wszystkie mijane po drodze albergues były przepełnione, a zdawaliśmy sobie sprawę, że fizycznie nie damy rady iść dalej.
W międzyczasie oczywiście skończyła się nam woda. Wpadliśmy do pierwszego z brzegu baru i zamówiliśmy po 3 baaardzo zimne coca-cole wypijając je duszkiem – czym wzbudziliśmy chyba niemałą sensację, bo dostaliśmy oklaski... Kiedy doszli Gosia i Leszek ustaliliśmy, że zanocujemy w prywatnym schronisku (za 15 euro od głowy). Byliśmy tak zmęczeni, że nie mieliśmy ochoty zwiedzać miasta.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień dwunasty – 29.09.09 r. Palas de Rei – Melide, 16,5 km W porównaniu z dniem poprzednim ten był bardzo lajtowy i to nas „uskrzydliło”. Do Melide przyszliśmy bardzo szybko, za szybko, bo musieliśmy czekać ok. godziny na otwarcie albergue. Nie tylko zresztą my, kolejka była dość długa, ale to duży obiekt, więc nie baliśmy się o miejsca. Po zainstalowaniu się w nim poszliśmy najpierw zwiedzać, a potem do słynnej Pulperii Ezequiel, gdzie podobno podają najlepszą w Galicji ośmiornicę. Nigdy wcześniej nie jadłam ośmiornicy, ani w ogóle owoców morza, bo zawsze mi się wydawało, że to jest fuuuj !! Ale muszę przyznać, że była
naprawdę smaczna, zwłaszcza, że podana z fantastycznym chlebem i jeszcze lepszym winem <lol> .

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień trzynasty – 30.09.09 r. Melide – Arzúa, 14 km Ten etap był jeszcze krótszy, niż poprzedni. Na miejsce przyszliśmy przed godz.12.
Tym razem też spaliśmy w prywatnym albergue, ale nie z braku miejsc gdzie indziej. Było dość „,wypasione”, miało internet, tv i dużą kuchnię z pełnym wyposażeniem, duży taras i było bardzo blisko krytego basenu. Właściwie ten ostatni argument przeważył <lol> .
Najpierw wyszliśmy na miasto (nie było zbyt dużo do zobaczenia) i zrobiliśmy zakupy. Wspólnymi siłami ugotowaliśmy wspaniały obiad, a potem poszliśmy na basen.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzień czternasty – 01.10.09 r.
Arzúa – Monte do Gozo, 36 km Obawialiśmy się tego dnia, bo ilość kilometrów do przejścia trochę przerażała, ale okazało się, że nie było tak źle. Monte do Gozo to ostatni przystanek przed Santiago de Compostela. Do celu zostało nam tylko niecałe 5 km, ale gdybyśmy chcieli iść od razu do Santiago, na miejscu bylibyśmy późnym wieczorem. Woleliśmy zatem zatrzymać się w Monte do Gozo. To olbrzymi kompleks, właściwie samowystarczalne miasteczko na wzgórzu - dużo pawilonów, obiekty sportowe, jadalnia w oddzielnym budynku, sklepy, biblioteka, pralnia...
Ogólnie mówiąc – nie podobało się nam - za duże, zbyt tłoczne.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień piętnasty – 02.10.09 r. Monte do Gozo – Santiago de Compostela, 4,8 km Z Monte do Gozo wyszliśmy o 8.30. Szło się dobrze, bo z górki <lol> . Pół godziny później przechodziliśmy przez Bramę Santiago - Porta Itineris Iacobi. To ponad 16-metrowa granitowa brama u wejścia do miasta. Zdobią ją wizerunki 20 słynnych pielgrzymów, którzy odwiedzili Santiago de Compostela ( m.in. Dante Alighieri, św.Brygida, królowa Izabela Portugalska, św.Jan Paweł II).
Najpierw udaliśmy się do kancelarii katedry po certyfikat potwierdzający przejście pielgrzymki. Nie musieliśmy, ale skoro już „pofatygowaliśmy się”, żeby przejść te ponad 330 km... <brawo> Potem poszukaliśmy albergue; najbliżej od centrum było Seminario Menor (Niższe Seminarium Duchowne). Rozciąga się stamtąd ładny widok na miasto.
Koło południa poszliśmy do centrum, żeby znaleźć kafejkę internetową, co okazało się nie lada wyzwaniem. W kafejce musieliśmy wydrukować bilety lotnicze. Ale jak już załatwiliśmy tę ważną dla nas sprawę, mieliśmy luzik i mogliśmy zwiedzać i uczcić koniec (prawie) naszej wędrówki :) .
Na Placu Obradoiro przed katedrą tłumy ludzi, ale wszyscy jacyś tacy radośni, uprzejmi.
Zewsząd dobiegał dźwięk dud, w ciasnej uliczce ktoś grał na gitarze i śpiewał Bésame Mucho, gdzie indziej słychać było arię operową. Klimatycznie ... :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Dzień szesnasty, siedemnasty – 03-04.10.09 r.
Santiago de Compostela – Cee – Fisterra Postanowiliśmy spędzić kilka dni nad Oceanem Atlantyckim. Pojechaliśmy więc autokarem do Cee (ok. 100 km od Santiago), a stamtąd poszliśmy pieszo 12,5 km do Fisterry. Przylądek Fisterra jest ostatnim punktem Szlaku Św.Jakuba.
Miało być tak pięknie – kąpiel w oceanie, leżenie na plaży, ogólnie – słodkie nieróbstwo.
A skończyło się tylko na nieróbstwie <bezradny>
Za Cee droga prowadziła wzdłuż dość urwistego wybrzeża.
Po południu pogoda zepsuła się, zrobiło się pochmurno, a Fisterra przywitała nas deszczem. Z wielkim trudem znależliśmy jakieś albergue.
Na drugi dzień pogoda ustabilizowała się, tzn. zaczęło lać, jak z cebra i nie było widoków na poprawę. Mimo to wybraliśmy się na Cabo Fisterra, żeby na dobre zakończyć nasze camino.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzień osiemnasty, dziewiętnasty – 05-06.10.09 r.
Fisterra – Santiago de Compostela W Fisterra spędziliśmy dwa dni, a na trzeci rano, przed samym wyjazdem na chwilę przestało padać, poszliśmy więc na spacer po miasteczku.
Koło południa znowu w ulewnym deszczu wróciliśmy do Santiago.
Tym razem zakwaterowaliśmy się w innym, niż poprzednio albergue – Acuario.
Gospodyni schroniska to bardzo ciekawa osóbka – trochę wróżka, trochę czarownica, paliła kadzidełka, stawiała tarota... :) na ścianach i pod sufitem porozwieszane były kolorowe kilimy i łapacze snów. Towarzystwo było różnorodne, przez to bardzo ciekawe. Spędziliśmy tam dwie noce.
Po raz kolejny zwiedziliśmy Santiago i poszliśmy do pulperii na ośmiornicę, która była prawie tak pyszna, jak w Melide.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzień dwudziesty, dwudziesty pierwszy – 07-08.10.09 r.
Londyn Przed południem wylecieliśmy do Londynu, gdzie spędziliśmy 1,5 dnia trochę zwiedzając.
Trochę – bo co można zobaczyć w tak krótkim czasie? <bezradny>

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Uważam, że przez te 3 tygodnie przeżyłam najfajniejszą przygodę w moim życiu, mimo że później niejednokrotnie bywałam w ciekawych miejscach.
Przed wyjazdem na Camino z Gosią, Leszkiem i Wojtkiem nie byliśmy jakoś blisko związani, ot, znajomi z klubu wysokogórskiego i w zasadzie nie wiedzieliśmy, czego mamy się po sobie spodziewać. Cztery osoby, cztery charaktery, cztery temperamenty, śmiało można powiedzieć – cztery silne osobowości. Skłamałabym pisząc, że zawsze było różowo. Nie... Bywały sytuacje, że niemal szło na noże. Ale w ostateczności zawsze dochodziliśmy do jakiegoś kompromisu.
Wśród caminowiczów popularne jest powiedzenie: „To nie droga jest trudnością, to trudności są drogą”.
Coś w tym jest... <lol>

https://picasaweb.google.com/1105764893 ... OPRIMITIVO
https://picasaweb.google.com/1105764893 ... 770/LONDYN

Odpowiedz

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: i 19 gości